Obcy język brzęczy ciężkim, natrętnym żartem.
Sieroctwo. Złość. Bezradność.
Brrr!
Ale żaden prawowity Miś nie zostaje długo w przygnębieniu. Zresztą mam obowiązki.
Mój przyjaciel samochód, zbyt oszołomiony okropnością losu, postanowił się zepsuć. Od godziny już nie odpowiadał na wszystkie majstrowania i próby puszczenia go w ruch. Dręczony motor odsapywał tylko, potem wstrząsał się gorączkowym szlochem — i milkł.
Była to jednak taktyka niebezpieczna.
— Jeżeli uznają maszynę za beznadziejnie zepsutą — tłumaczyłem — gotowi zostawić nas, na Bóg wie jak długo, w jakichś składach — a wtedy co?
Lepiej przeciwnie, wykazać całą sprawność, żeby jak najprędzej wysiali nas gdzieś do pracy — a świat jest taki szeroki!
Rozumowanie moje trafiło do przekonania motorowi. Wpadł momentalnie w należne, wzorowe tętno i okazał się jak najposłuszniejszem narzędziem. — Zdumienie!
W tryumfie skierowano nas do głównej kwatery.