Po drodze przyjrzałem się po raz pierwszy niemieckim żołnierzom.
Drogą sunął nieprzerwany ich wąż. Jeszcze jeden! Szare hełmy, szare mundury w kurzu gościńca sunęły marszem tak miarowym, że zdawało mi się, iż widzę szereg nakręconych maszyn, a nie ludzi.
Twardym, mechanicznym krokiem szli, niby jakieś nieznane, straszliwe stwory, z innej planety przybyłe — na zabór ziemi.
Nagły, potężny, bezduszny przewala się koło nas takt marszu:
„ Deutschland, Deutschland über alles!
Über alles in der Welt!69”
Patrzę z przerażeniem na tę tępą moc. Więc to — to — zwycięża?
Cala moja niedźwiedzio-ludzka, polska, grunwaldzka tradycja budzi się gwałtownym odruchem.
Razem z motorem belgijskiego automobilu dygocę i podrywam się, jak do skoku.
I to w takich rękach jest w tej chwili pół świata?