— Ja, towarzysze, chciałem rzec słowo względem tych towarzyszy, co to z branży kryminalnej. Będzie między nami, towarzysze, ze trzy tysiące towarzyszy-kanciarzy, wypuszczonych z więzień razem z pozostałym proletariatem. My, towarzysze, po sądach ich ciągnąć nie będziemy. Choć to niby i przestępcy, jak to mówią, ale przestępcy, można powiedzieć, przeciwko dawnemu państwu burżuazyjnemu, a kogóż to wtedy nie uważali za przestępcę? Niejeden z głodu, z nędzy, z bezrobocia świsnął gdzie funt kiełbasy albo jenszą szynkę, nie? Takiego zaraz pański, klasowy sąd — bach do ula! Złodziej i tyle. My tam, towarzysze, w tych drobiazgach grzebać się nie będziem. Jak rewolucja, to rewolucja, znakiem tego — wolność dla całego proletariatu bez różnicy i wyjątku, nie? Innym słowem: starym grzechom, jakie by tam nie były — można powiedzieć, amnestia i koniec. Od dzisiaj wszystko na nowo, po naszemu. Co było, a nie jest — nie pisze się w rejestr, nie?

Ale, towarzysze, kiedy już towarzyszom-kanciarzom odtąd, jak to mówią, wszystkie prawa obywatelskie i tak dalej, niech i oni pokażą nam teraz swoje proletariackie pochodzenie. Były tam u nas z burżuazją różne porachunki i niemałośmy się od nich krzywdy najedli — wyrównało się wszystko na glanc. Teraz żeśmy wszyscy jednacy robociarze, proletariat i kropka. Kraść dobytek ludowy — wara! My, towarzysze, na bawienie się z nimi czasu nie mamy. Władza proletariacka każdy zamach na dobytek komunalny karać będzie bez ceregieli. Niech towarzysze-złodzieje to sobie dobrze zapamiętają. Co było, to było, a od dzisiaj — ani mru-mru! U nas, towarzysze, sądów ani procesów nie trzeba. Złapiemy złodzieja — grabił nasz komunalny majątek — i pod murek go! Nam w policję bawić się nie pilno!

— Dobrze mówi!

— Mało roboty, jeszcze ich doglądaj!

— Myśmy się do nich za policjantów nie zgadzali!

— Chcą po dobroci — roboty huk, a jakże, każdemu starczy. Nie chcą — wolna wola. Pod murek i po krzyku.

— Właśnie, towarzysze, to chciałem powiedzieć. To już, towarzysze, nasza, jak to mówią, sprawa familijna. KC w to mieszać nie trzeba, oni swojej roboty mają dosyć. A ogłoszeń drukować ani powtarzać dwa razy nie będziemy. Powiedziane i dosyć, nie?

Wąsaty mówca zeskoczył z piedestału, żegnany oklaskami.

Towarzysz Majoie uśmiechnął się i, rozweselony, odszedł od okna. Nowy wybuch oklasków i grzmiące „racja!” pociągnęły go mimo woli ku ostatniemu oknu. Towarzysz Majoie rzucił ukradkiem spojrzenie w stronę stołu. Duffy wciąż jeszcze recytował swoje sprawozdanie. Majoie na palcach zbliżył się do ostatniego okna, oparł się o parapet i nastawił ucha.

W dole z zabłąkanej tu, nie wiadomo skąd, drewnianej skrzyni, grzmiał barczysty parobczak z zadartym nosem: