Tańcowała izba, sień

cztery noce, piąty dzień.

Strumień wódki rowem pociekł,

zatańcował w gnieździe bociek.

Tańcowali, poszli spać.

Wyszedł księżyc, nie mógł wstać.

Jak żydowska lśnił się maca,

wszystkie cienie poprzewracał.

Tłukł się niebem wszerz i wzdłuż,

nie mógł trafić ani rusz.