W białe noce, zza kęp ostrężnic13,
gdzie chowała się słońca rzyć14,
wychodziła ta pieśń na księżyc
godzinami po psiemu wyć.
Przykucała na polu, za kępą chwastów,
kołysała się, chwiała jak zwiędła nać.
Kiedy rankiem ją spłoszył pastuch,
krople krwi było w bruzdach znać.
Raz ta pieśń — zaszła mnie w życie, za łąką,
powaliła, przygniotła, kazała: służ!