Dr filozofii Romana Pachucka

Jedna z młodszych czynnych bojownic o sprawy kobiece. Drugie pokolenie spod sztandaru Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit i Józefy Bojanowskiej.

Krótka jej notatka, spowiedź wyproszona dla sylwetki w „Kobiecie Współczesnej” — to ten krzyk dziewcząt z końca ubiegłego stulecia, to rozpacz, która biła w mur tępych rygorów, uznających tylko przywilej mężczyzn w sprawie wyższej nauki.

Waliła mieczem z płomieni w zaparte wierzeje krajowych uniwersytetów Bujwidowa. Płakała Maria Skłodowska, stojąc u progu ich, a nie mogąc wejść do środka. Jechał, kto mógł, zagranicę. Wojowały o prawo nauki w kraju te krnąbrne, zadzierżyste młódki, które poza sobą prowadziły zastępy spragnionych, głodnych.

Należała do nich Pachucka.

We wczesnym już dzieciństwie zrodziło się w niej poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, bunt. Na razie wywołane przez stosunki rodzinne.

Było ich dwoje: brat i siostra. Ojciec z powodu choroby przestał pracować. Zarabiała na dom i wychowanie dzieci matka — ideał, żywy kult, głębokie ukochanie dziewczynki.

Ta uwielbiana, ta nad wszystko miłowana, całą nadzieję swoją i wiarę w lepsze jutro, w starość spokojną bez troski pokładała w chłopcu. Z dumą mówiła: „mój syn”... On miał jej wynagrodzić ciężkie zmagania się z losem. On miał być chlubą i chwałą późnych dni życia. Ona... córka. Ach, nigdy tak nie powiedziała o niej. Nigdy w oczach jej nie widziała dla siebie jasnych promieni radosnego czekania.

Dziecinnym serduszkiem targnął odporny ból. Prężna myśl zbudziła wolę. Musi tak żyć, żeby matka z równą dumą mówiła „moja córka”, jak teraz mówi „mój syn”.

Dziewczynka wcześnie, bardzo wcześnie zaczęła patrzeć, rozumieć. Ciężka praca matki obudziła w niej przekonanie, że o całe niebo łatwiej jest zarabiać na utrzymanie rodziny mężczyźnie niż kobiecie. Tam jest wykwalifikowanie, cenzus naukowy, przygotowanie. Tu tylko ręce, uczucie, wola. Więc nie doszedłszy jeszcze do wieku podlotka, postanowiła sobie zdobyć niezależne stanowisko, do którego jedyną drogą było wyższe wykształcenie.