Szła ku celowi swemu twardo, uparcie, zwyciężając przeszkody. Marsz to był po kolcach i zasiekach. Krwawiły stopy, ale mało kto wiedział o tym.

W szranki jawnych bojownic o równe prawa do nauki wstąpiła dopiero we Lwowie. Trzeba tam było walczyć o wszystko. O przyjęcie do grupy słuchaczek. O zniesienie ograniczeń (kobiet nie dopuszczano na wydział prawny ani na politechnikę). O jednakowe ustosunkowanie się ciał profesorskich do studentów i studentek. O rozbudzenie przekonania, że kobiety nie są gorszym materiałem na absolwentki aniżeli mężczyźni. O wycofanie z obiegu takich zwykłych, częstych powiedzeń jak np. głowy instytucji, naczelnika, kierownika: „Jako rektor jestem za tym, aby kobiety kształciły się wyżej. Jako człowiek prywatny jestem przeciwnikiem tego...”.

Poza odwiecznym przesądem, poza atawistyczną niechęcią pokoleń stawało na przeszkodzie przyjmowaniu kobiet do uniwersytetu słabe ich przygotowanie. Trzeba więc było, jak Bujwidowa, staczać walki o otwieranie gimnazjów żeńskich z męskim programem, żeby nie było różnicy między poziomem umysłowym studentek i studentów. Trzeba było nade wszystko wychowywać kolegów w uznaniu i poszanowaniu koleżeńskiej równości.

„Nigdy nie zapomnę — pisze w notatce swojej Pachucka — chwili, gdy mnie koledzy odepchnęli kułakami48 od drzwi kancelarii uniwersyteckiej, skoro przyszła moja kolej. Nigdy nie zapomnę, jak koledzy poszli na nas ławą, jak nas szykanowali, gdyśmy ośmieliły się zorganizować niezależne zrzeszenie studentek. Ale to tylko pobudzało energię i bardziej przekonywało, że trzeba walczyć i trzeba zwyciężyć, i trzeba nowych ludzi, nowego układu stosunków społecznych”.

Tu, na uniwersytecie, dopiero uprzytomniła sobie Pachucka jasno i dokładnie, że kwestia równouprawnienia kobiet to sprawa nie tylko walki o byt, ale sprawa ustroju polityczno-społecznego. I odtąd stało się to programem już nie osobistego jedynie jej życia, lecz wytyczną całokształtu działalności na przyszłość.

W 1907 r. przyjechała do Warszawy, żeby zorganizować akcję wśród pań przełożonych, popartą przez zrzeszenia kobiece, w celu otwarcia wrót wyższych uczelni dla absolwentek byłych siedmioklasowych zakładów naukowych oraz aby agitować za otwieraniem gimnazjów żeńskich z programem gimnazjów męskich dla zapewnienia kobietom równych praw na uniwersytetach.

Z toku zabiegów wypadło, że zwróciła się do Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich.

„Współpraca z pp. Kuczalską-Reinschmit i J. Bojanowską — pisze — pogłębiła jeszcze moje przekonania, rozszerzyła pogląd na sprawę kobiecą jako sprawę ogólnoludzką. Fakt, że bojownice walczą, cierpią, zwyciężają i zawsze tylko w imię dobra ludzkości, zawsze w imię pokrzywdzonych, słabych, którym następnie stwarzają lepsze warunki bytu, że ta rewolucja feministyczna jest jedyną w dziejach rewolucją bezkrwawą — dodawał mi siły, dzielności i jakiejś radosnej podniety. Bezgranicznie ideowe oddanie się temu założeniu dwóch kobiet, związanych przyjaźnią i ideą, było dla mnie szkołą pracy ideowej, bezwzględnie czystej i wzniosłej. Dziś jeszcze czuję się ich wychowanicą, i nic, i nikt ze mnie tego stygmatu nie zetrze”.

Parę lat przebyła Romana Pachucka we Lwowie jako wolna słuchaczka, uczęszczając głównie na wykłady prof. J. Kallenbacha. W r. 1917 zaliczono jej lata studiów poprzednich i przyjęto do Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie pracowała przeważnie pod kierunkiem prof. Kleinera. Habilitowała się i otrzymała doktorat z rąk prof. Ignacego Chrzanowskiego w Krakowie na zasadzie studium Realizm nowożytny w Zachodniej Europie i w Polsce za czasów Komisji Edukacyjnej.

*