Więc choćby p. Weychert-Szymanowska po stokroć twierdziła o sobie, że działalność tzw. niegdyś „emancypacyjna” czy „feministyczna” jest najmniejszym dorobkiem jej życia, to jednak widz postronny musi powiedzieć: „Nie, ach, nie!”.
Anna z Paradowskich-Szelągowska
„Ministerialna głowa” mówi się o pani Annie po każdym posiedzeniu, kiedy najzawilszą sprawę rozstrzyga prawie bez namysłu w sposób niepodlegający zakwestionowaniu. Taki autorytet ma w sobie spokojna, poważna logika tej kobiety. Taką siłę przekonywującą i takie bystre, przenikliwe ogarnięcie przedmiotu. Prawie się wierzyć nie chce, że mogła mieć kiedyś przeszkody w nauce, w dobijaniu do mety założeń swoich — tak, zdawałoby się, swoim kategorycznym, sobie właściwym imperatywem powinna była ujarzmiać otoczenie.
Jednak działo się inaczej. Historia pierwszych kroków Paradowskiej na drodze nauki to bliźniacze dzieje większości tych kobiet z końca ubiegłego stulecia, które miały w sobie niezmożony pęd do bytu samodzielnego, a z których każda musiała walczyć o prawo do wiedzy. Każda tracić najlepsze lata na przełamywanie różnych zatwardziałych uporów.
Pochodziła z domu zamożnego, no i naturalnie mocno konserwatywnego. Po skończeniu pensji w 1895 roku postanowiła wstąpić na pierwsze w Warszawie kursy handlowe Smolikowskiej54, ale ojciec i matka twardo stali na stanowisku, że to niepotrzebne, a stary przyjaciel domu, człowiek z cenzusem naukowym, nazywał „zakałą rodziny” pannę siedzącą nad książkami lub... wychodzącą bez asysty na ulicę.
Przemogła jednak upór starszych i zapisała się na kursy. Skończyła je w 1898 r., a w kilka miesięcy później śmierć ojca zmieniła położenie rodziny. „Samowolna panna” musiała szukać posady. Znaleźć ją wówczas nie było łatwo. Kobieta spotykała się na każdym kroku z odmową. W 1900 r. otrzymała wszakże upragnione zajęcie biurowe, a jednocześnie w godzinach wieczornych uczęszczała na tzw. „Uniwersytet Latający”, z którego powstała dzisiejsza Wolna Wszechnica.
Tak trwało pięć lat. W tym czasie zetknęła się w Czytelni dla Kobiet Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit ze sztandarowym ruchem kobiecym i wzięła w nim czynny udział. Została sekretarką Polskiego Stowarzyszenia Równouprawnienia Kobiet i trwała na stanowisku do końca. Po różnych przełomach przystąpiła do grupy pięciu założycielek Towarzystwa Zawodowego Kształcenia Kobiet, prowadziła otworzone przez nie wieczorne kursy dokształcające dla praktykantek handlowych, wykładała na nich księgowość, a w jakiś czas później — chcąc dać ujście dążeniom swoim do równouprawnienia — zapisała się na członka Klubu Politycznego Kobiet Postępowych, mającego sprawę tę na pierwszym miejscu programu.
Bujnym prądem płynęła wówczas działalność kobiet. Obchodzono podstępnie zakazy. Podszywano się pod różne płaszcze, aby zmylić czujność rosyjskich cerberów55. Odwaga popłacała i większość jawnych, półjawnych, głośnych i cichych zjazdów, opatrywanych, naturalnie, najmniej podejrzanymi dla uszów żandarmskich nazwami, udawała się. Do wszystkich należała Paradowska, zasiadając w prezydium i biorąc czynny udział w komitetach.
Po rewolucji rosyjskiej56, gdy zamajaczył cień wolności, zaczął się organizować świat pracowniczy. Powstało w 1906 r. pierwsze zrzeszenie urzędnicze: Związek Zawodowy Pracowników Prywatnych Instytucji Bankowych Królestwa Polskiego. Była Paradowska wtedy głównym buchalterem57 jednego z Towarzystw Wzajemnego Kredytu i dotąd jeszcze poczytuje sobie za zaszczyt, iż na pierwszym organizacyjnym zebraniu została powołana do zarządu — pierwsza i jedyna wówczas kobieta. Gorące dyskusje na posiedzeniach w sprawach zasadniczych ruchu zawodowego, wysoki poziom umysłowy i ideowy współkolegów z zarządu pogłębiały wiadomości, rozszerzały widnokrąg i budziły mnóstwo nowych refleksji na temat ruchu zawodowego, którym jako uczennica prof. Krzywickiego interesowała się szczególniej gorliwie.
Pracowała w zarządzie Związku z całym oddaniem przez osiem lat, wybierana w końcu kadencji zawsze ponownie. A gdy w 1914 r. z powodu kryzysu bankowego musiała ustąpić z posady, zamianowano ją na ogólnym zebraniu dn. 29 maja 1915 r. członkiem honorowym Związku, co było dowodem najwyższego uznania dla tej „jedynej kobiety” w Zarządzie.