Dlaczego?
Kto dziś te rzeczy pamięta? — Jakaś doktryna, jakieś principium individuationis64... We wstecznej perspektywie czasu drobiazg. Wtedy rzecz wielkiej wagi, rafa, o którą rozbiła się dziewiąta fala burzliwych fermentów.
Wystąpiła z Polskiego Stowarzyszenia Równouprawnienia Kobiet Kuczalska-Reinschmit i cały jej sztab z J. Bojanowską na czele, żeby wkrótce później stworzyć Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich. Dwie te, prawie równoimienne organizacje, różniły się tym chyba tylko, że do wtórnego zarządu Stowarzyszenia weszło paru mężczyzn (adwokat Stanisław Koszutski i ekonomista Kasparski). No i tym, że Stowarzyszenie w poczynaniach swoich wybiegało poza ścisły zakres feminizmu, a Związek przestrzegał go z możliwą skrupulatnością, skupiając się wewnętrznie, gdy Stowarzyszenie działało więcej na zewnątrz. Rzucało w świat wydawnictwa (L. Jahołkowskiej-Koszutskiej Herezje w ruchu kobiecym — pogląd na anachronizmy Ellen Key; E. Ohwalewika Ekonomiczne czynniki ruchu kobiecego; S. Koszutskiego Kobieta i polityka; Karola Dunina Prawa kobiet w nowym kodeksie cywilnym; C. Walewskiej Z dziejów krzywdy kobiet). Urządzało cykle wykładów i odczytów, zarówno popularnych, jak i dla inteligencji, nie tylko z dziedziny prawa, polityki, ekonomii, ruchu kobiecego, ale i innych (Dicksteinówna np. prowadziła kurs historii filozofii i literatury dla członków). Organizowało zbiorowe przemówienia w salach publicznych bądź propagandowe, bądź literackie (bardzo tłumny „Wieczór Zapolskiej”). Najdonioślejszym zadaniem Stowarzyszenia był patronat nad Szkołą Niedzielną i Wieczorną dla Pracownic, liczącą 300 kobiet i dziewcząt.
Związek w tym czasie zajął się głównie torowaniem dróg wyższemu wykształceniu kobiet, zbierając wskazówki w tym kierunku i ogłaszając je drukiem. Działalność jego stała zawsze na wysokim poziomie ideowym i etycznym.
Około 1910 r. nastąpił drugi przełom w łonie Polskiego Stowarzyszenia Równouprawnienia Kobiet. Tym razem powody były głębsze. Chodziło już nie o pewną doktrynę, lecz o sprawy zasadnicze. Wyszła z zarządu cała grupa znanych działaczek. Niżej podpisana została jeszcze czas jakiś wraz z późniejszą p. Wieleżyńską, żeby nie utracić placówki dla podtrzymania szkoły, prowadzonej od 1905 r.
Wkrótce jednak nastąpił trzeci rozłam. Przy Stowarzyszeniu została grupa, ściśle złączona z L. i St. Koszutskimi. Równouprawnione, które przeszły trzy rozłamy, zrzeszyły się w Komisję Pracy Kobiet przy Towarzystwie Kultury Polskiej, zatrzymawszy Szkołę Niedzielną, tę ważną placówkę oświatowo-społeczną.
Znowu wygłaszało się odczyty, urządzało dla uczennic szkoły latem w ślicznym ogródku Towarzystwa Kultury radosne majówki. Rzucało w świat wydawnictwa (Izy Moszczeństkiej Zdradne sieci w sprawie handlu żywym towarem i monografię popularną Orzeszkowej, Franciszki Landauowej O Konopnickiej).
Łącznie z Dicksteinówną przeprowadzałyśmy ankietę „Jaki wpływ na pokolenie kobiet współczesnych wywarła Orzeszkowa?”. Odpowiedzi napłynęły ze wszystkich trzech dzielnic Polski i ze wszystkich środowisk, gdzie tylko były liczniejsze skupiska polskie.
Urządzono wieczór ankiety. Zaroiła się sala „Kultury” tłumem, który przyszedł wysłuchać sprawozdania. Streściła je Ich spowiedź, książka nakładem Gebethnera i Wolffa, wydana z przedmową J. Dicksteinówny i C. Walewskiej. Trochę o niej mówiono, trochę pisano, aż zbutwiała na półkach, jak butwieje przełomowa Marta, dziś już obca, nieczytana.
Komisja przetrwała do końca istnienia Towarzystwa Kultury Polskiej. Z nim razem zaprzepaściły ją ręce, które szeroką, spokojną pracę oświatową postanowiły zwrócić w inne łożyska. Nie dokonały tego, ale natomiast zburzyły doszczętnie gmach, twardym wzniesiony mozołem i przebiegle przed sforą szpiclów moskiewskich strzeżony. Pod sztandarem sączenia w dusze ludzkie świateł wiedzy, poznania sztuki i jasnych wskazówek reform społecznych na drodze ewolucji, prowadził Świętochowski gromadkę wiernych, którzy nie zdołali obronić przybytku. Zaprzepadł. Został po nim tylko na żółtych piaskach nowobródzieńskich Dom-Szkoła, jak ta z Róży Żeromskiego, wsparta na mocnych fundamentach z oknami na cztery strony świata. Nie zmiotły jej wichry fermentów. Stoi. Trwa. Widomy ślad poczynań, które, rosnąc w siłę i rozpęd, miały objąć stolicę.