W 1917 r. odbył się wielki zjazd kobiet z całej Polski. J. Dicksteinówna należała do organizatorek jego i brała w nim czynny udział.

Dr Melania Bornstein-Łychowska

Znanej naszej autorki prac z dziedziny ekonomiczno-statystycznej i społecznej nie można zaliczać do „bojownic” ruchu kobiecego. Nie walczyła piórem ani żywym słowem o prawa polityczne kobiet. Pomijała to zagadnienie, jakby umyślnie w licznych referatach, bądź drukowanych, bądź wygłaszanych publicznie lub w zamkniętym kole ekonomistów i w świetlicach organizacji społecznych. Jednak już przez to samo, że należała do zrzeszeń stworzonych pod hasłem równouprawnienia, i dzięki pracom nawołującym do wyzyskania sił kobiecych w dziedzinie wszystkich zawodów i wszystkich państwowotwórczych poczynań, musi być uznana, jako wybitnie zasłużona działaczka na polu spraw kobiecych. Przy tym pracą swoją społeczną, licznymi pogadankami dla inteligencji, półinteligencji i analfabetów, a także przykładem życia własnego torowała i toruje drogi tej nowej kobiecie, która musi zrozumieć, że liczyć może tylko na samą siebie, nie szukać w nikim oparcia, być podporą moralną i materialną rodziny.

Dr Bornstein-Łychowska urodziła się na wsi, w odziedziczonym po dziadach, pradziadach Łychowie, którego ostatnim właścicielem był ojciec jej, rolnik wykwalifikowany, marymontczyk77. Pierwszym, najcięższym przeżyciem dziecka była chwila, w której opuszczano Łychów. Wrażliwą, bujną dziewczynkę wieś nauczyła kochać przyrodę. Każde źdźbło trawy, każda szkapina, wróbel, kot, słońce, deszcz niosły jej bajecznie kolorową radość życia. A i dziś jeszcze rozśpiewana zieleń wiosny, biel śnieżnej, miękkiej ciszy koi nerwy sponiewierane.

Wieś zostawiła jedno jeszcze: oczytanie się w literaturze polskiej i kult dla niej, od czego murem odgradzała dzieci miejskie szkoła rosyjska. Chciwa wiedzy, żywa, bystra jedynaczka o niespokojnym, ciekawym umyśle — z drapieżną zachłannością rzucała się na książki w bibliotece ojca. Zmieniane często nauczycielki domowe nie przeszkadzały jej w tym. Dziesięcioletnie dziecko już umiało na pamięć całego Konrada Wallenroda, całe rozdziały Pana Tadeusza i stronice Przedświtu78, cały wreszcie podręcznik niezapomnianej Historii Polski Lelewela. To był później balsam kojący na nienawistne rygory obcej szkoły.

Skończyła II gimnazjum przy ul. Wilczej w Warszawie.

Ze swym buntowniczym usposobieniem, najmłodsza, a najbardziej rozwinięta intelektualnie, przechodziła chwile ciężkie. Osłaniała ją tylko skrzydłami swymi i broniła przed górą złych not nauczycielka języka polskiego, znana działaczka społeczna, Jadwiga Szczawińska-Dawidowa.

Wiele zarzucano jej w swoim czasie, ale gorącym patriotyzmem i służbą w sprawie narodowej przemogła sprawiedliwe, czy tylko lekkomyślne zarzuty. Szybko zresztą skończyła swoją karierę „rządową” wychowawczyni — Polka, która ośmielała się, wbrew programom, wykładać literaturę polską, i to po polsku, która wypożyczała uczennicom utwory najwybitniejszych autorów, i nawet zakordonowych. Która wreszcie wciągała dziewczęta z wyższych klas i absolwentki gimnazjum na kursy tzw. „Uniwersytetu Latającego”.

Jeszcze jako 14-letni podlotek biegał przyszły dr nauk ekonomiczno-społecznych na potajemne wykłady prof. Mieczyńskiego i Smoleńskiego. Dawidowa zaprowadziła smarkatkę na wiekopomny obchód 3 maja w Ogrodzie Botanicznym79, gdzie ku ogromnemu swemu wstydowi nie została zaaresztowana i zesłana w głąb Rosji wraz z prof. Mieczyńskim, który z rąk jej wziął bukiecik fiołków i złożył go najspokojniej na ruinach niedokończonej kapliczki.

Pod wpływem Dawidowej i gnana głodem wiedzy, zaczytywała się w książkach socjalistycznych, które ojciec jej uważał za nieodpowiednie dla młodej panienki. Aż zbudziło się w niej postanowienie wyjazdu zagranicę na studia — wbrew woli rodziców, którzy chcieli wydać ją za mąż.