Umysł niezwykle ruchliwy, czujny na najżywotniejsze zagadnienia społeczne. Zajmowało ją i zajmuje zawsze wszystko. Nauki ścisłe, poezja, sztuka, literatura, polityka i całokształt kwestii socjalnych.

Młode dziewczątko już marzyło o skończeniu uniwersytetu, a mianowicie wydziału matematycznego. Później przyszły inne zamierzenia. Nędza i przepracowanie warstw robotniczych zwróciły ją ku naukom ekonomiczno-społecznym. A ponieważ nikt nigdy nie stawiał jej oporu, ponieważ już w dwunastym roku życia umiała narzucać wolę swoją rodzicom i najbliższemu otoczeniu, podróżowała sama, kierowała losem swoim według własnych upodobań, więc otrzymawszy bardzo wcześnie maturę gimnazjalną w Warszawie, wyjechała do Zurichu, gdzie po skończeniu wydziału filozoficznego i obronie rozprawy Zürichs Bevölkerung im XVII Jahrhundert (Zaludnienie Zurichu w XVII w.), otrzymała doktorat. Studia ekonomiczno-socjologiczne odbywała pod kierunkiem prof. Simla, Ad. Wagnera i Seringa w Berlinie, gdzie równocześnie przez trzy semestry prowadziła wykłady w Humboldsacademie95 i wydawała prace z zakresu ekonomii społecznej, polityki gospodarczej, a także monografie w kwestiach robotniczych, demograficznych, społecznych.

Za granicą spotkała się z dziełami Nietzschego96, który ją olśnił. Zmorą badawczego, refleksyjnego umysłu stał się odtąd paradoks: pogodzenie teorii socjalistycznych z przesłankami nadczłowieczeństwa.

Pisze broszurę Nietzsche i Zarathustra. Jedna z pierwszych toruje w Polsce drogę genialnemu poecie, artyście, myślicielowi, który w zapatrywaniach jej wywołał przełom zasadniczy. Po wmyśleniu się w teorie filozofa i rozważeniu ich pod kątem zjawy bytu, a także stosunków ogólnoludzkich była marksistka doszła do wniosku, że rewolucjonizm nie może być głównym czynnikiem niezbędnych reform społecznych. Podstawą dalszych jej założeń stał się odtąd ewolucjonizm i polityka społeczna.

Poznałam Daszyńską w fazie wmyślania się jej w filozofów XIX stulecia. Było to w warunkach niezbyt sprzyjających refleksjom. Ale umysł uczonej ekonomistki nie wypoczywał nigdy. Z Schopenhauerem97 w jednej kieszeni palta, z Nietzschem w drugiej „zgarnięto” ją razem z trzystu innymi uczestnikami pochodu na Wąski Dunaj przed Dom Kilińskiego w 1894 r. po uroczystym nabożeństwie w Katedrze św. Jana, na pamiątkę stuletniej rocznicy obrony Warszawy.

W wielkiej izbie więzienia kobiecego na Złotej, gdzie teraz jest szpital, między aresztantkami odsiadującymi karę za złodziejstwo, fałszerstwo, mord dzieci nieślubnych, znalazłyśmy się tak niespodziewanie, jak niespodziewany był cały ten dzwon na alarm i rozgłos, nadany spokojnej, skupionej manifestacji serc, pragnących oddać cześć dzielnemu szewcowi, a nade wszystko przypomnieć Warszawie, że był taki jeden rycerzyk staromiejski, który wolał przelać krew za Polskę i stworzyć hufiec obrońców, aniżeli zatarasować się w mieszkaniu bezpiecznie, robić buty i czekać, co będzie.

Pamiętam dobrze drobną, wiotką sylwetkę o subtelnych rysach twarzy, przypominających raczej portret Greuze’a98 lub Vigée Lebrun99 aniżeli twardą suchość linii głów uczonych. Mówiła nam o filozofii. Mówiła o studiach swoich i podróżach. Mówiła tym swoim równym, dźwięcznym głosem, jakim wygłaszała odczyty, pogadanki, wykłady. Już nie słyszałyśmy piekielnych wrzasków aresztantek, wymyślających sobie, dozorcom, naczelnikowi więzienia. Myśl biegła w krainę abstraktu, zabijając, jak zjadliwego bakcyla, obmierzły konkret. Któraś z młodych „politycznych” podeszła na palcach z tyłu do zapalonej prelegentki. Wyjęła nieznacznie wszystkie szpilki z upiętych dokoła głowy grubych warkoczy, rozplotła je i obrzuciła siedzącą statuetkę płaszczem, zza którego wyjrzały tylko wielkie, zdziwione szafirowe oczy.

Śmiech i radość „politycznych” zagłuszył jazgot „kryminalistek”, pokłóconych o jakąś „wałówkę”. Tego dnia jeszcze rozsadzono nas grupami po celach. Skończyły się prelekcje, ale moment został.

Nietzsche, twarzyczka Greuze’a i... feminizm!...

Bo Daszyńska jedna z pierwszych, zaciągnęła się pod sztandar Kuczalskiej-Reinschmit.