Z bardzo ciekawymi typami szkół służby społecznej zapoznała H. Witkowska czytelniczki „Kobiety Współczesnej” w szeregu artykułów, drukowanych w tym piśmie, którego jest stałą współpracowniczką. Mówiła o szkołach tych również na odczytach, wygłaszanych staraniem sekcji pedagogicznej Stowarzyszenia Kobiet z Wyższym Wykształceniem (oddział krakowski).

Warszawa gościła Witkowską przez dni kilka na walnym zjeździe kół Służby Obywatelskiej. Przyjechała jako delegatka bardzo czynnego koła krakowskiego, które do programu swej działalności włączyło przede wszystkim szerzenie nauki obywatelstwa i pierwszy jej kurs miesięczny zorganizowało w tym czasie, zaprosiwszy na prelegentkę dr L. Dobrzyńską-Rybicką.

*

Radosna jest praca H. Witkowskiej. Włożyła w nią wszystkie umiłowania swoje. Zamknęła w niej całą młodość tragiczną. Chciałaby mieć tylko więcej czasu na pisanie. Ale łączyć je z wykładami trudno. Pióro pochłania i odrywa. Przy pracy nad jakąś książką lub choćby tylko artykułem rozdwaja się myśl i zatraca tę bezpośredniość oddziaływania na uczennice, którą osiąga, skupiwszy się w jednym wyłącznym kierunku. Więc unika autorstwa w czasie szkolnym, choć kusi, przynagla potrzeba pisania i zawsze są wydawcy.

To powodzenie autorskie sprowadza na duszę jej cień smutku, przypominając zmarłą przedwcześnie przyjaciółkę.

Marcelina Kulikowska... Znało ją dawne pokolenie. Pisała przesubtelne nastroje. Japońskim pędzelkiem, który jest jak kwiat mimozy, słaniający się, a lśniący radośnie, marzycielski, a jasnym złotem rozmrugany — tym swoim pędzelkiem rysowała wnętrza tkliwej, głębokiej duszy. Nikt tego nie chciał drukować.

— Dlaczego? — pyta Witkowska. — Ja przecież tak pisać nie umiałam, a brali, co tylko dałam. Sami przychodzili. Rękopisy Marceliny zalegały redakcje. Aż rozgoryczona, zniechęcona, znużona — odeszła od życia. Sama odeszła...

Wydała Witkowska jej prace po śmierci. Nie ucieszyła się nimi, zapoznana. Nie rozgrzały, nie skrzepiły zwątpiałego serca.

A może... Kto wie, co widzi, co czuje dusza w przestworzach?!

*