Pracę literacką rozpoczęła Walewska jeszcze w 18 roku życia debiutem w „Świecie”, redagowanym przez Marię Konopnicką. Zostaje potem stałą współpracowniczką „Prawdy” i aż do ustąpienia z niej Świętochowskiego zasila odcinek utworami beletrystycznymi, a prócz tego pod pseudonimem Seliki prowadzi rubrykę sprawozdań teatralnych i muzycznych. „Prawda” grupowała wokoło swej redakcji wszystko niemal, co pod rządem rosyjskim w Polsce przedstawiało świeżość i tężyznę myśli, co miało odwagę wypowiadania się w atmosferze ogólnego ucisku i niewolniczości. Właściwa pani Cecylii po dzień dzisiejszy odwaga przyznawania się do haseł i opinii nawet najmniej popularnych znalazła tu sobie odpowiednie tło i otoczenie.
Ale ta łączność z przysięgłym pozytywizmem warszawskim była raczej formalno-teoretyczna. Praca u podstaw społeczeństwa nie mogła zaspokoić porywów jej temperamentu. I gdy garść studentów wyszła manifestacyjnie na ulicę w 1901 roku, by uczcić pamięć Kilińskiego, pani Cecylia była z nimi. Aresztowana z innymi uczestnikami pochodu, zostaje zesłana wraz z siostrą do Kurska.
Okres spędzony na wygnaniu nie osłabia w niej ducha, raczej pogłębia myśl i rozwija wrażliwe bez tego serce. Myśl i serce tętnią we wszystkich jej nowelach i powieściach, felietonach literackich i artykułach społecznych, rozsianych po dawnych rocznikach „Kuriera Warszawskiego”, „Ateneum”, „Nowej Gazety”, „Głosu”, „Ogniwa”, „Przełomu”, „Epoki”, „Nowej Reformy”. Przez lat kilka prowadzi stale kronikę w „Tygodniku Romansów i Powieści”. Wespół z Konstancją Łozińską i Emilią Wielowiejską redaguje „Echo Literackie i Artystyczne”.
Oddzielny rozdział w opisie tej działalności literacko-publicystycznej należy się powieściom. Świetna stylistka, subtelna znawczyni duszy kobiecej czeka jeszcze na należną sobie fachową ocenę trzynastu tomów literatury prawdziwie pięknej, jaką nam dała. A jeżeli dotąd krytyki takiej nie ma, to przyczyny tego szukać trzeba w dwóch okolicznościach. Przede wszystkim w nadmiarze skromności a nawet lekceważeniu własnego dorobku beletrystycznego przez samą autorkę. Bodaj nawet w chwilach twórczości przeważała w niej myśl o ludziach i ich uczuciach nad myślą o sztuce. A przy tym idee, którym utwory te służą, zbladły dziś skutkiem tego, że ze sfery marzeń, dążeń i porywów stały się realnym chlebem powszednim. Są one bowiem w większości poświęcone zagadnieniom wyzwolenia kobiety. W okresie równouprawnienia politycznego, przy rozpowszechnionej współpracy zarobkowej żon i mężów, wobec nieodzownej w tych warunkach równości materialnej i duchowej, przy powojennej swobodzie w sprawach erotycznych — nieprawdopodobne wydają się nam nasze własne minione cierpienia i walki. A jakżeż muszą one wyglądać w oczach naszych córek?! Współczesna zdrowa, wysportowana, pewna siebie, śmiała życiowo dziewczyna lub kobieta, jakżeż daleka jest od bohaterek Walewskiej, niewinnych w swych błędach, przesubtelnionych w cichych obowiązkach i tłumionych buntach.
Ale dla tego pokolenia kobiet, które niejedno zdołało stworzyć dla polskiej teraźniejszości, powieści te były muzyką kojącą po szarej deptaninie codziennych udręczeń. Odpowiadały klawiszom własnej duszy, których dotykano z rzadka i ostrożnie. Były dobre i szlachetne.
O poczytności ich w swoim czasie świadczy to, że wiele z nich znikło z półek księgarskich. Wyczerpany jest nakład największej powieści Autor, drukowanej pierwotnie w „Bibliotece Warszawskiej”. Wyczerpane: Bez duszy, Dusze współczesne, zbiory nowel Podsłuchane i Z paradoksów życia. Dobrze zasłużona sława spotkała też względnie niedawno wydane nowele, odczucia i obrazy, objęte tytułami Zapomnisz?, Koleżanka Stefa, powieści: Błąd, Jak liść oderwany od drzewa i Historię dzieci, owe przewdzięczne dziesięć kart życia o sensacyjnym naówczas tytule Flirt. Małżeństwo. Opinia, a przede wszystkim Moje służby.
Kiedy drukowałam niniejszą sylwetkę po raz pierwszy w lutym 1929 roku w specjalnym numerze tygodnika „Kobieta Współczesna”, wydanym w związku z obchodem urządzonym przez redakcję dla uczczenia zasług Walewskiej, nie mogłam jeszcze nic powiedzieć o dwóch jej książeczkach, które ukazały się w kilka miesięcy później pt. jedna W słońcu i mrokach Indii, druga: W krainie grozy, strachu i cudów przyrody. Pierwsza to dzieje i prace sióstr misjonarek w Indiach, druga opisuje misje oo. oblatów pod biegunem. Nie są to prace oryginalne, ale bez wymienienia ich szkic tego bogatego życia duchowego nie jest pełny. U ludzi powierzchownie znających panią Walewską wywołały one zdumienie: „filar pozytywizmu kobiecego” opisał cierpienia misjonarzy jako dzieje ofiary i bohaterstwa... Ale tym, którym dane było zajrzeć głębiej w tę nerwową, złożoną naturę, wiadome było, że jej „pozytywizm”, pozytywizm swoiście polski, był niczym innym, jak pancerzem obronnym przeciw nietolerancji, świętoszkowej obłudzie i duchowemu analfabetyzmowi. Bujny temperament na wskroś romantycznej natury pani Cecylii palił i pali się ciągłym kultem dla każdej pracy ofiarnej i ideowej, bez względu na ich odcień, byle nie przewrotowej. Nie jest rewolucjonistką, jest i była mistyczką. Duch jej szukał zawsze prawd wiecznych, wykraczających poza mędrca szkiełko i oko, aż wreszcie, mówiąc jej własnymi słowami, „uznał Krzyż Chrystusowy za najdostojniejszy symbol wiary ludzkości”. A w drobnych czy większych jej poczynaniach społecznych był nieustanny głód ofiary.
Ale tu już wkraczamy w inną dziedzinę służby społecznej pani Cecylii. Ażeby zaś skończyć z jej pracami piśmienniczymi, należy choć słów kilka poświęcić tym spośród nich, które z otwartą przyłbicą stoją pod sztandarem ruchu kobiecego.
A więc w chronologicznym porządku wymienimy: wydawnictwo Polskiego Stowarzyszenia Równouprawnienia Kobiet pt. Z dziejów krzywdy kobiet (1908); Ruch kobiecy w Polsce, wydany przez Komitet Jubileuszowy Elizy Orzeszkowej w 1909 r., i Kobieta polska w nauce (wyszło staraniem Towarzystwa Zawodowego Kształcenia Kobiet 1922). Nadto wieloletnia współpraca w „Bluszczu”, nasamprzód za redakcji Szczęsnej Bąkowskiej, później Zofii Seydlerowej, przerwana wycofaniem się z tego pisma w okresie okupacji niemieckiej. Powrót do „Bluszczu” po objęciu redaktorstwa przez Wandę Pełczyńską, ówczesną pannę Filipkowską, i przejście wraz z tą ostatnią do redagowanego przez nią tygodnika „Kobieta Współczesna”. M.in. w roku 1927 w „Kobiecie Współczesnej” ukazał się spod niestrudzonego pióra Walewskiej szereg sylwetek wybitnych Polek współczesnych, bojownic o równe prawa.
Przedziwny jest charakter tego pióra, jak przedziwna natura pisarki! Artystka w każdym calu, odczuwająca bodaj z jednakową subtelnością muzykę i literaturę, wykwintna i wyszlachetniona w ujmowaniu piękna zewnętrznego i drgnień duszy ludzkiej, czuje się pociągnięta cierpieniami nizin, krzywdami maluczkich. Na długo przed ukazaniem się skandalicznego Dziennika pokojówki, skreślonego kabotyńsko-brutalną dłonią Oktawiusza Mirbeau170, wychodzą Walewskiej Moje służby (Z dziennika Marcysi), podpatrzone niemniej wiernie i spisane z nie mniejszym talentem jak obserwacje głośnego Francuza, lecz o ileż szlachetniejsze w ujęciu i bardziej współczujące! Znalazł chłop polski swojego Reymonta, znalazł robociarz-górnik sosnowiecki Kadena-Bandrowskiego, którzy spod nieobmytego brudu i potu wydobyli na światło dzienne dusze tragicznie piękne w swej prawdzie brutalnej. Pani Cecylia wyszukała inny zawód — najbardziej pagardzany — zawód „garnkotłuka” i z właściwą sobie kobiecą finezją odsłoniła przeżycia tyle innej niż ona kobiety. W tej powieści, jak w żadnej, splata się nierozerwalny artyzm formy z myślą społeczną, z najgłębszym zrozumieniem potrzeb i uczuć istoty biegunowo odległej od autorki.