Oficjalnym wyrazem stanowiska Walewskiej wobec tzw. kwestii kobiecej był jej udział w organizacjach feministyczych: współpraca z pionierkami tego ruchu u nas Reinschmit-Kuczalską i Bojanowsiką, od których przecież dzieliły ją zbyt wielkie różnice natur; potem 1901 r. z Teodorą Męczkowską w zorganizowanym z jej inicjatywy Polskim Stowarzyszeniu Równouprawnienia Kobiet, w którym Walewska była w ciągu dwóch lat przewodniczącą; wreszcie od 1908 r., od rozłamu, w charakterze przewodniczącej secesji Stowarzyszenia, która działała jako Komisja do Spraw Kobiecych przy Towarzystwie Kultury Polskiej do chwili zamknięcia Towarzystwa przez władze rosyjskie.
Dla mnie osobiście najbliższa i najbardziej godna podziwu jest praca pani Cecylii na polu oświatowym.
Zaczęła się ta praca w tym czasie, kiedy jeszcze nie znałyśmy się, w r. 1895, w kole tajnego nauczania Śniegockiej. Od 1905 r. pani Cecylia kieruje samodzielnie przy pomocy grona oddanych jej i jej ideom kobiet Szkołą Niedzielną i Wieczorną dla Pracownic. Dzieje tej szkoły to żywa ilustracja najlepszych usiłowań społeczeństwa w dziedzinie rozwijania oświaty i uczuć narodowych pod rządem rosyjskim. Uczennice rekrutowały się ze sfery pracownic igły, sprzedawczyń sklepowych itp. Zapisywało się ich co roku około 300. Żywemu temperamentowi kierowniczki, jej miłości prawdy i dumie narodowej niesłychanie trudno było naginać się do wybiegów, bez których nie można było prowadzić nauki polskiej. Co pewien czas szkołę zamykano. A wówczas hart ducha założycielki i kierowniczki potrafił przeistaczać szkołę w tajne komplety. Dziewczęta uczęszczające na nie uwielbiały panią Walewską. Była ona dla nich nie tylko wzorem Polki, nie tylko kierowniczką naukową, ale najczulszą opiekunką, znającą wszystkie ich troski i biedy, umiejącą w cudowny sposób znajdować pomoc w najgorszym położeniu, chociaż sama przez całe życie pozostawała w skromniutkich warunkach materialnych. Czas, przeznaczony na najdroższe pisanie, pieniądze ciężko zapracowane, nerwy skołatane w ciągłych nadmiernych wysiłkach serca — wszystko szło na ofiarę „dziewczętom”, najczęściej w tajemnicy przed mężem własnym, przed najbliższymi współpracownicami. Toteż uczennice lgnęły do szkoły. Gdy po wyjściu Rosjan z Warszawy zapisało się ich aż 1000, trzeba było otworzyć drugą szkołę równoległą. Po 20 latach wytężonej pracy w szkole i dla szkoły, sterana ustawicznymi zabiegami o grosze na jej utrzymanie, Walewska przekazała ją w 1926 r. kursom dla dorosłych wraz z personelem nauczycielskim i uczennicami.
Niejako dalszym ciągiem tego dzieła pani Cecylii jest istniejące po dzień dzisiejszy, założone na krótko przed wojną Towarzystwo Kształcenia Zawodowego Kobiet. Wyrosłe z chęci przeciwdziałania dyletantyzmowi zawodowemu, Towarzystwo prowadziło kursy kroju oraz dwuletnie Kursy Handlowe Dokształcające dla praktykantek handlowych (początkowo pod kierunkiem Anny Paradowskiej-Szelągowskiej, później pod kierunkiem Marii Strasburgerówny i Hanny Bulewskiej). Skutkiem coraz większych trudności materialnych z czasem musiało ono ograniczyć swą działalność do udzielania stypendiów na naukę zawodową w różnych kierunkach, do dawania pomocy szkolnych, rad i wskazówek przy obiorze zawodu itp. Setki dziewcząt otrzymały i otrzymują przez nie możność zarobkowania i służenia uczciwie krajowi.
W okresie najuciążliwszych walk o egzystencję Szkoły Niedzielnej i Wieczornej i Towarzystwa Kształcenia Zawodowego Kobiet kierowniczka i dusza obu tych instytucji, publicystka z urodzenia i powieściopisarka z talentu i zamiłowań, ima171 się nowej dla siebie pracy. Ruch publicystyczny w tym czasie jest w uśpieniu. Do stanowiska w Szkole i Towarzystwie przewodnicząca dokłada, a dokładać już nie ma z czego... Zostaje w 1918 r. urzędniczką państwową: referentką do spraw pracy kobiet w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. Na stanowisku tym, na którym pozostawała w ciągu 5 lat, przeprowadza m.in. wielką ankietę w sprawie warunków bytu i pracy służby domowej. Rozsyła 5620 kwestionariuszy i uzyskuje 1272 odpowiedzi, tj. 22,6%, co stanowi wynik nadspodziewanie dobry, gdyż analogiczna ankieta dr Stillicka w Berlinie zgromadziła zaledwie 5,1% odpowiedzi. Niestety, cenny materiał ten, opracowany i uzupełniony przez inicjatorkę wywiadami i informacjami porównawczymi, został tylko częściowo ogłoszony drukiem (w Biuletynie Min. Pracy i Op. Społ. z 1922 r. oraz w dwóch zeszytach „Ekonomisty” w 1923 i 1925 r.).
Cokolwiek czyni, czyni z żarem najczystszej ofiarności, z pasją serdeczną iście polską i z wcale niepolską wytrwałością, która ma źródło w niepospolitym w naszych stosunkach poczuciu obowiązku. Od mdłej filantropii „dobrych pań” chroni ją wysoka inteligencja, od skostnienia w formalnymi feminizmie — wielkie serce. Jest stara, a ma więcej wyrozumienia dla młodych od ich rówieśnic. Ma duszę artystyczną, a rozumie i współczuje najpospolitszym nędzom. Jest człowiekiem pióra, a czuje życie we wszystkich jego ludzkich przejawach.
Trudno ująć w suchym szkicu bogactwo tej natury, jej prawość, słowność i wszechstronność, a przede wszystkim subtelności tej przeogromnej, naprawdę chrześcijańskiej dobroci. Pamiętam jeden drobiazg charakterystyczny.
W Warszawie byli Niemcy. Był głód i nędza nie do opisania. Uczennice szkoły pani Walewskiej doznawały od niej najtroskliwszej opieki. Nie dbając o własne — jakże dotkliwe! — braki, wydobywała dla nich nie wiadomo skąd, spod ziemi, pomoc żywnościową, lekarstwa, wyjazdy na wieś, odzież. Stworzyła Koło Pomocy, które, jak wszystkie instytucje przez nią zorganizowane, było właściwie Nią i Nią tylko. My inne pomagałyśmy w miarę sił i umiejętności.
Kiedyś podczas posiedzenia Koła zjawiła się z prośbą o zapomogę jedna z uczennic, panna B., dziś właścicielka doskonale prosperującej pracowni sukien, szczęśliwa żona i matka, wówczas pracownica wykwalifikowana, lecz bez pracy, sama utrzymywała matkę, wychudła i wynędzniała, lecz... w białych płóciennych pantofelkach. Białe płócienne pantofelki! — w czasie, kiedy chodzono w drewnianych chodakach „po ulicach Warszawy”. Panie z Koła były zgorszone lekkomyślnością tego „zbytku”.
— Kto ma białe pantofle, nie ma prawa do zapomogi — zdecydowała po wyjściu interesantki w imieniu innych najrozumniejsza i najwięcej posłuchu mająca.