Lecz wina Danta zmaleje do zera i grzech jego krytyków okaże się bardzo niewinnym, gdy zważymy, co za nimi przemawia. Prawda, że poeta mówi uroczyście i dowodzi wytrwale, lecz właśnie ta częstość jego powrotu do ulubionej sprawy daje do myślenia. A przytem jakież to pobudki przypisuje się tej jego niezgodzie z prawdą? Najszlachetniejsze w świecie. Samo bowiem zapieranie się płochej wietrzności już ją po części okupuje i unicestwia, już jest dowodem wejścia na drogę najwyższego doskonalenia się. Grały tu także pewną rolę pobudki bardziej osobiste, ale niemniej godne czci. Poetę szarpały języki. Stał się snadź przedmiotem nadto już bezecnych plotek i niedorzecznych wymysłów. Jeżeli nawet człowiek tej miary co Boccaccio bierze je za dobrą monetę, cóż dziwnego, że zbudziła się chęć odpędzenia od siebie ciekawego gminu? Wścibska opinia pochwyciła zapewne nieostrożne wyznanie z Nowego życia, gdzie poeta mówi, że w rok po śmierci Beatryczy już się pocieszać zaczął — i znalazła w niem potwierdzenie pogłosek. Stąd musiały dlań urosnąć nowe gorycze krzywdy. Ratunku od nich szuka w pewnym arystokratyzmie ducha, któremu poparciem jest bolesne doświadczenie wygnańca i tułacza. Ono-to wyrywa mu z piersi skargę: „oto dlaczego nikt nie jest prorokiem w swojej ojczyźnie; oto dlaczego mąż roztropny powinien tylko niewielu udzielać swej obecności, a jeszcze mniej poufalszego towarzystwa, — aby imię jego coś znaczyło i nie było w pogardzie” (Biesiada I, 4). Rozmyślnie przybiera w Biesiadzie ton uroczysty i jak mniema niedostępny dla tłumu, stale się wyniosłym i zamkniętym w sobie: „Każdy powinien sobie samemu, w izdebce swoich myśli, czynić wyrzuty i wady swe opłakiwać, ale nigdy wobec innych (I–2.).”

Posłuchajmy jednak, jak poeta sam toruje drogę wierze, iż filozofia i „pani szlachetna” to jedno. Powiada on: „Przez piękną kobietę rozumie się szlachetną duszę życia wewnętrznego, wolną we własnej swej mocy, która jest rozumem; a przeto inne dusze możnaby nazywać, nie niewiastami, lecz dziewkami.” (L. 14).

A tu znów pewną sztucznością tchnące zapewnienie:

„Wiedzieć należy, że z początku filozofia ta we względzie ciała swego (t. j. mądrości) wydała mi się dumną, — oto, że wyśmiewała mię, o ilem nie był w stanie pojąć jej przełożeń: — oraz zagniewaną — oto, że nie obracała oczów swych na mnie, co znaczy, iż jej dowodzenia zrozumieć nie mogłem” (III–15).

W ten sposób wypadłoby, że duma i obojętność owej damy byłyby, poprostu, trudnością i dostojeństwem filozofii.

Z czasem ten stosunek między jedną a drugą stał się w umyśle poety faktyczną jednością. Tak długo się wypierał dawnych pokus i dawne czary odżegnywał, że je w końcu w niepochwytne mgły rozwiał. Ale nim to nastąpiło, życie uczuciowe poety toczyło się koleją zwykłą i nieusposabiającą do wiary we wszechwładną nad nim moc platonizmu.

Nie brak bowiem podstawy do przypuszczeń, że po donna gentile przyszły inne i że wiosenne lata poety były dla jego serca i wyobraźni dobą ciężkich prób.

A powtóre przyszedł fakt bardzo ziemski i wiele mówiący. Oto zupełne roztopienie ducha w filozofii nie tylko że nie przeszkodziło wybujać pewnej bardzo wyraźnej sympatyi, ale nawet pozwoliło na wzmocnienie jej węzła — stułą. Mamy wieści dosyć dokładne o tej, co nosiła pięknie brzmiące imię: Gemma Donati, a została prawowitą małżonką Alighierego. Kiedy wszedł on na tę drogę tak bardzo ziemską — ściśle określić niepodobna, w każdym razieprzed wygnaniem i, o ile się zdaje, między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia.

Zajmowano się ciekawie tym okresem życia poety; badano czy był szczęśliwy i w ogóle, jakim był w tej roli statecznego obywatela; jak zwykle, szukano potwierdzenia lub zaprzeczenia tego, co przekazał Boccaccio. Nic jednak szczególnie pewnego nie ustalono ponad to, że w związku z Gemmą Donati — odroślą znakomitego i silnego rodu — dochował się bardzo licznej konsolacyi, z której czworo, a przedewszystkiem córkę Beatrycze, historya zna z imienia. Nie trzeba jednak zbyt pochopnie z okoliczności owej wysnuwać wniosków o wysokich zaletach męża i ojca. Wielkie błogosławieństwo boże było raczej dowodem wielkiej bujności natury poety niż szczególnego rozwinięcia instynktów rodzinnych. A chociaż wiele natrąceń i napomknień w Komedyi prowadzi na myśl, że pani Alighieri cieszyła się wszelkiemi należnemi względami męża i prawdopodobnie nawet przywiązaniem, to jednak — rzecz charakterystyczna — nawet ci znawcy sprawy, którzy nie są skłonni przypisywać Dantemu rozrzutności zmysłowej i raczej bronią go przed posądzeniem o nią, przybierają taki ton, jakgdyby ognisko domowe nie było mu ogniem świętym, a on nie był kapłanem jego nieskazitelnym. Nadeszła przecież i długa rozłąka, skutkiem wygnania, a nie widać w żywiole osobistym dzieł nic, coby przypominało ową tęsknotę i wielką żałość, z któremi tak łatwo i często zwracał się do wzniosłego cienia Beatryczy. Nie zdaje się też, ażeby żona cierpiała z nadmiaru tkliwości męża, skoro współczesni jawnie mówili o tem, że bliższe pożycie z nim miało swoje przykre strony z powodu drażliwości i wielu innych podobnych cech, właściwych mu jako wielce uczonemu myślicielowi.14

Jeżeli późniejsze przygody miłosne i byt na łonie rodziny przesłoniły w pewnym stopniu świetlaną postać pierwszej kochanki, to z czasem odzyskała ona pierwotny blask. Z pamięcią o zmarłej wiązały się wszystkie lepsze, wiekuistsze pierwiastki duszy poety. Więc gdy one zapanowały, a przyszło to z dojrzalszemi laty, gdy sielanki młodości zastąpił gorzki chleb wygnania, a naiwną pacholęcą wiarę i nadzieję — mozoły badawczego umysłu, Beatrycze stała się rzeczywistym patronem poety. Wszystkie miłości drobne stopniały jakoby w jednę wielką idealistyczną tęsknicę; wszystko, co świat ma wielkiego i świętobliwego, umieścił w jednej czystej duszy. Mystyczne piękno niebiańskiej dziewicy jest odbiciem i żywym wcielonym blaskiem wszelkiego w ogóle ideału, wszelkiej pięknej nadziemskości. Jako taka nie mogła nigdy zniknąć zupełnie z duszy Danta, lecz trwała ciągle i ustawicznie się doskonaliła — mimo pozory chwilowej nieobecności i mimo, że ją czasami zaćmiewały światła niższego gatunku.