Stosuje się to w wysokim stopniu do tej sfery jegoducha, którą najpełniej i najsystematyczniej wypowiedział w Monarchia. Czyż nie jest, pytam, uderzającem to, że niektórzy widzą w niej wyraz naukowy tego samego, co wyśpiewał poetycznie w Komedyi, mianowicie „zwiastowanie królestwa Bożego na ziemi”43, że więc te same uczucia przybrał w dwojaką formę? Czyż nie jest równie znamiennem, że choć daty narodzin pism Danta są mniej więcej ustalone, co do Monarchii zdania do tego stopnia się różnią, iż jedni uważają ją za bardzo wczesną pracę, pisaną jeszcze we Florencyi, i nawet przed rokiem 1300, inni zaś za całkiem późną, mianowicie równoczesną z t. z. Römerzugiem Henryka VII44? O czemże to świadczy? Że można przesuwać dowolnie datę teoryi Danta bez uchybienia jego indywidualności, że już za młodu, przed rozbratem ostatecznym z ojczyzną, żywił on te same przekonania, co później, gdy wszedł w okres zupełnej dojrzałości.

Lecz skoro źródło poglądów politycznych Danta było w samem jego jestestwie, tedy nic dziwnego, że przybrać one musiały jeszcze inny, plastyczniejszy, kształt — kształt czynu. Dante szukał wcielenia żywego swoich ideałów, i znalazł je właśnie w osobie Henryka VII. Na niego zwracał pełne nadziei oczy, może nawet naprawdę dla niego napisał Monarchię, do niego skierował cały szereg ulotnych pism, niby listów apostolskich, w których Jezajaszowemi słowy wzywa Toskanię do powitania w nowym cesarzu zbawcy, „drugiego Mojżesza, wybawiającego naród od plag egipskich”, gromi proroczo opornych i toruje drogę swemu Augustowi i Cezarowi w jednej osobie.

Każdy wielki poeta idei — poeta, nie pessymista, wierzy, że ją urzeczywistni blizka wojna, przewrót, panowanie nowego władzcy. Poezya, nie będąc sama czynem, roi zawsze czyn niedaleki i ma weń wzrok utkwiony jak w gwiazdę przedświtu; nieraz go nawet przyśpiesza. Dla Danta czynem tym miał być nowy podbój Rzymu przez nowego imperatora. O tem samem marzył i książę Luksemburski, Henryk VII, a wobec tego godzi się przypuszczać, że po niebie południowem unosiła się jakaś wizya odrodzenia jako wyraz tęsknoty i potrzeby. Henryk bowiem — to nie tyle ambitny zdobywca, ile istotnie romantyczny paladyn. Pełny młodzieńczej ufności i zgoła nieuzbrojony w oręż podstępu, bez którego niemasz wielkiego powodzenia wojennego, popełniał błędy, grzeszył zbytnią wiarą w ludzi i przeceniał własne siły. Tak, np., nie rozumiał, że papież Klemens V zgoła co innego ma na myśli niż popieranie idei nowego cesarstwa — mianowicie nową wyprawę krzyżową. Nie rozumiał też, że dla wskrzeszenia imperium potrzeba olbrzymich środków pieniężnych i pokaźnej armii, a nie watahy, złożonej przeważnie z krewnych i osobistych przyjaciół.

Jeżeli pomimo to chwilami odnosił zwycięztwa i zniewalał sobie tak potężne gminy jak Piza, która ofiarowała mu na cele wyprawy wiele złota i więcej jeszcze sympatyi, jak Genua, Kremona, i takich świetnych rycerzów jak Can Grande, — to znak, że idea gibelińska, choć tłumiona, wiecznie żywotną była. Dowód to również, iż Henryk wywierał i osobą swą pewien urok, że go opromieniała pewna aureola idealizmu. Jakoż nie był to właściwie germanin, z tych „żarłocznych niemców”, o których mówi w Komedyi Dante z całą znajomością natury teutońskiej. Był to z wychowania i duszy raczej francuz, obdarzony zaletami serca i polotem.

Łatwo pojąć jak do tego imienia przylgnął Alighieri. Powszechna jest wiara, że zbliżył się do niego, jeno nie wiadomo dokładnie gdzie to było — najpewniej w jednem z miast na drodze ze Szwajcaryi do Włoch. W swej niecierpliwej egzaltacyi witał go pobożnie, aż do zapomnienia, że bluźni, i wołał: „Oto baranek Boży, który dźwiga grzechy całego świata”. Później znów, śledząc jego pochód, ostrzegał przed intrygami kuryi, króla Neapolu i, po dawnemu nienawistnej, Florencyi. W pismach ulotnych (1311), pisanych stylem starobiblijnym, niesłychanie obrazowym, pełnym grozy i zuchwałego wyzwania, żąda dlań hołdu od książąt włoskich i wskazuje palcem na Arno jako na zatrutą rzekę, a na Florencyę, jako na gnijącą bestyę, na bezbożną, kazirodczą Myrrhę.

„Porzuć namysły, o, wzniosła odrośli Jezajasza — woła — zaczerpnij ufności z oczów Pana Twego, Boga Zebaoth, i powal tego Goliata procą swej mądrości i kamieniem swej siły, albowiem przy jego upadku noc i cień strachu okryją obóz Filistynów — Filistyni pierzchną, a Izrael wolnym będzie”.

A co na to Goliat — Florencya? Słowa klątwy były zbyt gromkie, ażeby mogły być niesłyszane, a zasłyszane — ujść bezkarnie. Gdy bowiem w tymże roku ogłoszono amnestyę, Dante był z niej rozmyślnie wyłączony45.

Lecz piękna owa Henryada miała się prędko skończyć. Jeszcze tylko parę epizodów świetności było jej przeznaczone. Roku następnego śmiały, lecz mało przebiegły, luksemburczyk dotarł do Rzymu, ale każdą piędź ziemi musiał zdobywać krwią. Wbrew najgorętszemu swemu pragnieniu został koronowany, nie w kościele Ś-go Piotra, lecz w Laterańskim, i tylko przez legata papiezkiego. Wtedy jednak przejrzał: postanowił iść na ostre z kuryą i królestwoNeapolu wziąć jako swoje lenno. Zarazem też całą siłą zwrócił się przeciw Goliatowi — Florencyi, wszakże rady jej nie dał i tylko się z wojskiem wyczerpał. Z zapałem jednak niestygnącym wojnę prowadził, zawarł rozumne przymierza i byłby może wrogów swych ostatecznie pokonał, lecz w tej ważnej chwili (w połowie lata 1313 r.) strawiła go na śmierć gorączka, której się był nabawił jeszcze pod murami Florencyi. „Świat nadziei zeszedł z nim do grobu” — mówi dziejopis.

Jakim to ciosem strasznym było dla Alighierego — zbyteczna chyba rozwodzić się.

Ale choć zniknął człowiek, nie znikła idea poety. Choć zamarła miłość dla męża opatrznościowego, nie zamarła wiara w Opatrzność.