(Raj. p. XXV).
Niestety — nie darmo w jednym z cyklów swych canzon o niewzruszonej jak głaz wyraz „kamień” powtarza z rozmysłu po kilkanaście razy, prawie jak symbolista naszych czasów, który dla tem pewniejszej suggestyi wciąż w ten sam klawisz uderza — tak, że aż do tych pieśni przylgnęło miano „skalistych” albo „kamiennych” — pietrose. Nie darmo w sonecie jednym skarży się na okrutną, co jasnym wzrokiem swym zapala ogień morderczy, a tak jest dumna, że spokojnie pozwala ginąć tym, co się jej oddali, i odwraca oczy, gdy u stóp jej konają. Florencya miała dlań rzeczywiście serc42 z kamienia.
Rozdział V. Heretyk i rewolucyonista
I
„Dante — psalmistą pokutującym, skruszonym teologiem”
„Dante — kacerzem, rewolucyonistą”.
Chyba niepodobna wymyśleć bardziej zabawnego zestawienia. Lecz to, na co-by się nie zdobył żaden wybryk wesołej fantazyi, to uczyniła rzeczywistość i to jest pomysłem całkiem poważnym. Nietylko bowiem posądzają Danta o spiskowanie zapomocą poezyi przeciw państwu, ale o coś więcej — przeciw religii, słowem, o kacerstwo!
Jakim sposobem zdrowa myśl krytyczna dojść mogła do podobnych urojeń, nad tem za długo byłoby się tutaj rozwodzić. Niechaj wystarczy jeden fakt, który sporo światła rzuca. Oto po okresie komentowania ze stanowiska wiary nadszedł czas, kiedy Boska Komedya stała się dla ludzi poematem nawskroś politycznym. Możnaby dodać, że czas to szczególnego rozrostu zagadnień państwowych w Europie, czas politycznego o wszystkiem myślenia. Gdy krytyka raz na tę drogę weszła i wdała się w odcyfrowywanie utajonych jakoby założeń w pismach Alighierego, nie spoczęłapóty, aż się znalazła u krańców, jak to zresztą bywa zawsze. I oto rezultatem tego przeczulenia politycznego są nader poważne i bądźcobądź w wielką erudycyę zbrojne dzieła Dante-Gabryela Rossettiego starszego, oraz Francuza Arroux’a, już nie mówiąc o innych, drobniejszych.
Ale nie jest on bynajmniej wyłącznym tworem nowych czasów. Przeciwnie, wiąże się z tradycyą i ma pewnie pierwsze swe źródło w pierwszej klątwie, która ścigała postać, a następnie i cień, wielkiego poety. Raz wyklęty, mógł już być obarczany mnóstwem innych win. Ścigany niełaską Kuryi i jej sprzymierzeńców, i całkiem zasadnie — boć był jej jawnym wrogiem — dlaczegożby nie miał być przeklętym wogóle jako wróg „istniejącego porządku rzeczy”, zarówno kościelnego jak i świeckiego? Zobaczmyż ile w tych wszystkich oskarżeniach prawdy i o ile dalszem swem życiem i postępowaniem dawał do nich powód.
Całkiem świadomie mówimy „życiem” i nie dodajemy „teoryami”, albowiem, jak można było już wyczuć, ten nadzwyczajny ustrój był sobie zawsze wierny, tak głęboko szczery i rdzenny, że w nim wszystko było życiem. Dzieła swe pisał własną krwią i żółcią, własnym zapałem i bólem. Napozór chłodna i powolna scholastyka jego wywodów jest tylko niezbędną dla epoki daniną formy, lecz kryje się pod nią zawsze gorąco najwewnętrzniejszych chęci. Nie były to wogóle czasy tworzenia rzeczy zewnętrznych, peryferycznych, niezwiązanych z duchowym rdzeniem istoty, jak za dni naszych; nie pisano wtedy dla potrzeby chwili, przygodnego poklasku, na obstalunek, choćby wbrew uczuciu i przekonaniu. A jeśli kto, to Dante w szczególności był naturą intensywną, mógłby śmiało każdy swój utwór, najbardziej nawet prozaiczny, nazwać vita.