Gdzież tu owa dręcząca fatalność chimery?

Była nią dola wybrańca, tem jeno bardziej gorzka, że to był wybraniec z wybranych. Jeżeli coś tragicznego wyziera z profilu Danta, to smutek duszy bezwzględnie samotnej i lekka pogarda człowieka, który patrzy na głupie i grube ręce, zakopujące na długo skarb ludziom niezbędny.

Tragedyą była owa bezbrzeżna żałosna gorycz, zasadniczy rys jego duszy. O niej słusznie mówi Macaulay, że pochodziła z wewnątrz i że wszystko w nim, wszelką pociechę i radość, przetwarzała w siebie, że była jak owa niebezpieczna gorycz ziemi sardyńskiej, o której mówią, że nawet w miodzie jeszcze się odzywa.

Tragedyą było w życiu tego człowieka, że, pragnąc zbliżyć się do ojczyzny, oddalał się od niej, aż wreszcie na zawsze Toskanię opuścił (1316); tragedyą było wogóle, że genialna matka — Florencya, genialny syn — Dante, zamiast się uwielbiać, w końcu znienawidzili się. Ale, jak swój nieśmiertelny poemat nazwał Komedyą dlatego, że się dobrze kończy, tak i w życiu swem niedaleki był zorzy sławy i względnego spokoju, do których miano tragedyi nie bardzo pasuje, wbrew powszechnej legendzie o Dantym.

Dla pięknego kłamstwa nie wolno poświęcać jeszcze piękniejszej prawdy. Boć wspaniałą jest ta głęboka, niesłabnąca wiara w swoję ideę i ta stałość dla idei gibelińskiej unosząca się jak niezmęczony orzeł ponad szczytami Alp i Apeninów — pięknym widokiem owa cześć, jaką mu okazywali po śmierci Henryka tacy jak Uguccione della Faggiuola, wielokrotny pogromca welfów, i Can Grande della Scala, na którego dworze w Weronie Dante żył dosyć szczęśliwie, jeśli nie liczyć drobnych, zdaje się, niesnasek z kuglarzami, których tam nie brakło. Wspaniałem wreszcie nad wszelką miarę jest to nadzwyczajne spotężnienie i zmężnienie charakteru, które pozwalało wygnańcowi zrzucić z siebie do reszty strzępy dawnego egotyzmu i drażliwości osobistej. „Bez cienia względu na korzyść własną — mówi wielki poeta dzisiejszych Włoch, Jozue Carducci — wzniosły ten żebrak błądził z zamyśleniem i wzgardą po ziemiach Italskich, szukając, nie chleba i nie spoczynku, lecz dobra powszechnego. A czy znajdował prawdę filozoficzną, czy zwrot mowy ludowej, czy wiarę Chrystusową, czy majestat Imperium — strasznym był w swoim gniewie na tych, co śmieli przeczyć”58.

Już go wtedy nie bolały tak bardzo wściekłe miotania się Florencyi. Kiedy protektor jego i przyjaciel Uguccione d. Faggiuola zadał Florentczykom klęskę pod Montecatini, potwierdzili oni znowu słynny wyrok, z tą zmianą, że go rozciągnęli i na synów poety i że tym razem winowajcom groziło, nie spalenie na stosie, lecz ścięcie. Ale Dante już tych wybuchów nienawiści tak bardzo do serca nie brał.Co więcej, potrafił zapanować nad wznowioną tęsknotą wtedy, gdy Florencya (r. 1316), wyleczywszy się z ran, pod wpływem przyjaciół Alighierego jęła go kusić amnestyą. Nie przyjął, bo była obwarowana upokorzeniem: pokutą w kościele Ś-go Jana i znacznemi grzywnami. Zanadto czuł się niewinnym i wielkim — by miał o przebaczenie prosić.

I oto jaką widzimy przemianę. Dawniej jękliwie skarżył się na wygnanie i nędzę, na „słony chleb cudzy” i „jak ciężka — wołał — droga po cudzych schodach wstępować i schodzić” (Raj p. XVII). Potem probował wzruszyć ojczyznę boskim poematem i laurami utorować sobie drogę do jej serca i pytał rzewnie w liście: O, popule meus, quid feci tibi? — a teraz oto odpowiada pewnemu życzliwemu mnichowi na radę, ażeby wrócił do ojczyzny — wielkiemi, zaiste, słowy:

„... Zdala niechaj będzie od męża, co jest pobratymcem filozofii, bezmyślna nikczemność poziomego serca. Jaż-bym miał na równi z wiarołomcami, niby niewolnik w kajdanach, zmuszać się do pokuty? Zdala niechaj będzie od męża, co wszędzie sprawiedliwość głosił, a krzywdę cierpiał — ażeby miał sprawcom swej krzywdy płacić własnemi pieniędzmi, jakgdyby dobrodziejom swoim! To nie jest droga, wielebny ojcze, którą-bym wrócił do ojczyzny. Jeżeli jednak wy lub kto inny macie jaką drogę, która-by nie czyniła ujmy sławie Danta i jego godności — nie będę się ociągał. Lecz jeśli taką drogą wrócić do Florencyi nie można — nie wrócę do Florencyi nigdy. I dla czegożbym miał czynić inaczej? Azaliż nie obaczę i wszędzie indziej blasku słońca i gwiazd, azaliż pod każdem innem niebem nie będę mógł dociekać prawd najsłodszych?”59.

Rozdział VI. Apoteoza

I