Wielki zmierzch
Pamiętnik ten — wrażeń warszawskich — prowadzony był do pierwszych dni stycznia roku 1915, to jest do czasu, kiedy rosnący w postępie geometrycznym ogrom wypadków zaczynał nadto już umniejszać znaczenie wydarzeń zapisanych wczoraj i przedwczoraj.
Lecz właśnie dlatego że pierwsze przeżycia widza wielkomiejskiego poszły wobec olbrzymiejącej z dniem każdym wojny i przemiany w układzie świata w zapomnienie, warto je przypomnieć. Nie będą tedy może zapiski te pozbawione pewnej psychologicznej wartości.
Autor poda je tutaj uczciwie — jeśli tak wolno Czytelnika zapewnić — to znaczy bez ważniejszych odnowień i w ogóle według brzmienia pierwotnego rękopisu.
I
Pierwsza połowa sierpnia 1914 roku
Gorzko w ustach. Głowa niepowstrzymanie chyli się na dół. Muszę raz w raz przypominać sobie, że należy ją przecie mieć wyprostowaną. Prostuję też co chwilę ramiona, podaję szyję wstecz, wyprężam piersi.
Nadaremnie! Urwany na chwilę łańcuch posępnych myśli znowu brzęczy we mnie jak kajdany i głowę moją ciągnie w dół.
Dziwnie bezsilnym stał się błękit nieba. Taki przeczysty, taki promienny, powietrze tak rzeźwe, może nawet zbyt rzeźwe jak na pierwszą połowę sierpnia.
Nad stawem łazienkowskim podmuchuje chwilami ostry wiatr. Nawiewa myśli jesienne. Być może, iż gdyby był upał, człowiek czułby się raźniejszym, bliższym przeminionej, nie tak dawno przecie, wiosny. „Jeszcze i ta wczesna jesień!” — szemrze gdzieś wczołgująca się do duszy melancholia.