Łazienki to pieśń z Elegii rzymskiej1. Nie tylko dlatego, że tak niesłychanie piękne są, lecz że tyle się w nich przeżyło. I tyle dobrego się ongi2, ongi przeżyło. Tu nie było dla mnie żałoby, tylko triumf i upojenie. Noce — na śpiewaniu spędzane i uściskach, jeszcze wtedy, gdy parku na noc nie zamykano; trawy rosły dziko i wysoko jak na stepie, a pod wieczór wschodziły opary mleczne, w których skryć się można było jak w burzanach lub jak w obłokach. Tu się uczyłem i kochałem, tu czytałem najmilsze mi książki, tu zjawiały mi się pierwsze wizje literackich grzechów...
Nigdym3 tu nie był sam, zawsze w orszaku odświętnych myśli lub swawolnych konceptów, zawsze z kimś drogim lub sympatycznym.
A teraz jestem sam, straszliwie sam. Wszystkie późniejsze szkoły samotności, których nie szczędziło życie, na nic się nie zdały. Osaczony jestem przez złe upiory smętku4, tak gwałtownie, tak bezlitośnie, że walczyć z nimi nie umiem.
Wspomnienia, owe Mickiewiczowskie hydry pamiątek5, tak nagle mnie obskoczyły, żem się ugiął pod nimi i złamał. Zdało mi się, że to owe śnieżnobiałe łabędzie, na które patrzę teraz tępo, bezmyślnie, bez uradowania i bez żywszego zajęcia, rozmnożyły się w jakieś potworne, ciężkie stado i zwaliły się na mnie brzemieniem wszystkich wspomnień szczęścia.
Zaiste — nie chciałem, ale musiałem powtarzać sobie wielkie, pomimo że tak nazbyt często powtarzane, słowa: Nessun maggior dolore, che ricodarsi il tempo felice6 itd.
Uciekłem z Łazienek pośpiesznie — bo o przejściu do dalszych ich gajów i alej, tych najpiękniejszych i najromantyczniejszych, w tych warunkach i myśleć nie mogłem.
Wiem na pewno, że aż do końca wojny w Łazienkach nie będę.
Prawie bezwiednie skierowałem kroki ku domowi, w stronę Saskiego Ogrodu. Na Placu Saskim7 ogromny kopulasty spleen8 prawosławnej cerkwi na razie zdruzgotał mnie. Zawsze na jej widok odczuwałem tę samą duchową mdłość, o której że się zbudziła na widok bań9 moskiewskich, opowiada w Zawiszy Czarnym10 Słowacki.
W Ogrodzie Saskim było lepiej. Nie dzięki pięknym kwietnikom i sztamowym11 różom białym, i nie dzięki wspaniale szerokiemu oskrzydleniu okólnika12 z wodotryskiem przez sędziwe i rozrosłe kasztany, lecz dzięki gwarowi bawiących się dzieci. W majestacie alej — tłumy, jak zwykle tutaj, brzydkie, trywialne, ordynaryjne13, wrzask uczniaków w pobliżu cukierni — głupi i zgrzytliwy, bez lubości i uroku chłopięcych zabaw.
Ale tu przynajmniej wre życie; nastrój powszechnego zgnębienia rozbił się o pospolitość i natręctwo. Błogosławiona brzydota, w której pobliżu zamiera czerw smutku!