Rosja nawet się nie domyśla, jak głęboko i psychicznie jesteśmy już z nią zrośnięci i od świata łacińskiego oderwani.

A na terenie cygańskich kapel w restauracjach — będziemy zespoleni jeszcze głębiej. Możemy spać spokojnie, „Matuszka” czuwa nad nami, choć jest pijana.

A Niemcy, którzy znowu dokonali czynu brawurowego i zatopili pancernik angielski „Formidable” — pijani są błędem tragicznym — choć czuwają.

Ja zaś piszę to na trzeźwo — nie jestem pijany...

3 stycznia, niedziela

Wypadków niewiele, ale przeżyć sporo. Gdyby można było myślenie i widzenie rzutować wprost na papier, bez pośrednictwa złożonej koordynacji ruchów, którą jest pisanie, płodziłbym co dzień tomy...

Wśród mętnego i wzburzonego morza wojny wystaje jak gałąź, dobroć ludzka. Należałoby właściwie powiedzieć: dobroć kobieca. Fakt niby stary, a wspaniały w swej bezustannej odnowie, przeto wiecznie prawdziwy i poetyczny, jak każda wielka prawda.

Skończył się typ kobiet działaczek, kobiet filantropek, nastało pokolenie kobiet — doktorów medycyny i filozofii oraz równorzędnie snobic, które nic nie kończyły i nie wiele umieją — a jednak wszystkie, przywołane do ołtarza miłosierdzia, służą z pierwszorzędnym poświęceniem i sumiennością. To znaczy, że moda, strój indywidualny czy społeczny, styl dawny czy nowy psychiki, jest rzeczywiście tylko strojem, zewnętrzną powłoką, pod którą istota kobieca zostaje po dawnemu czymś wielkim, i jak gdyby hodowanym przez naturę dla zrównoważenia politycznych zwyrodnień człowieka. Patrzę na te objawienia dobroci i duszy bardzo często w szpitalach. Spotykam obok najbrzydszych najpiękniejsze, obok najuczeńszych najprostsze, obok surowych zalotne — wszystkie stały się równymi w obliczu swego zadania. Oto np. ta, wdowa po wybitnym działaczu społecznym, kwiecie i chlubie partii; bezprzykładnie wyzbyta z wszelkich pretensji światowych, z stałym uśmiechem jowialnym na wynędzniałej twarzy, pokazuje mi trzynaście ran szrapnelowych na biednym nagusie — żołnierzu, któremu zmieniają opatrunki na stole operacyjnym. Myślałbyś, że ją tylko bawi to dotykanie miejsc na ciele, w których zostały odłamki żelaza już na dożywotnie pomieszkanie (bo chirurgia dzisiejsza często uważa je za mniej szkodliwe od wydobywania z ciała). Mówi z pacjentem jak z obiektem eksperymentu, opowiada o tym, jak go przywieźli w ruchomym ubraniu, w chodzącej koszuli, jak od napływu tych „chodzących łachmanów” i mundurów, cały lazaret „chodzi”, a coś pod nogami trzaska bezustannie. Ale ranny się nie obraża, tylko patrzy na swą dobrodziejkę oczyma niewysłowionej wdzięczności, jak gdyby mówił: „Kpij ty sobie z naszego brudu, a przecież, psiakrew, takiego drugiego anioł, jak ty na świecie nie ma, przez ciebie będę zdrów i dobrze mi tu u was jak u rodzonej matki”.

Jest i drugi anioł: ta wytworna niewielka kobietka, do której należą zdjęcia rentgenowskie; z jaką lubością pokazuje na odbitkach fantastyczne połamania kości, których już żaden mistrz nie zestawi, uwięzłe między kośćmi ostre kule karabinowe i odruzgi ich w kształcie kropel, to znowu białych plam, rozsianych dookoła. Ona potrafi nauczyć, objaśnić, mówi skromnie, nieśmiało, ale za to pracuje od świtu do późnej nocy i budzi zachwyt w lekarzach.

Albo znowu ta trzecia; ładuje w wielką dziurę od szrapnela, nad bicepsem, i drugą taką samą, pod bicepsem, całe stosy bandaży, waty itp. odwija, nawija, rzuca w kubeł pełen krwawych gałganów, zręcznie, mężnie, wprawnie a delikatnie. I biedny żołnierz, któremu ubyło z ręki kilka funtów mięsa i zostały dwie strasznie krwawe kawerny, ma minę tęgą, z cicha czasem syknie, ale potem miłośnie spojrzy na sanitariuszkę, jak gdyby mówił: „E nie boli, to mi się tylko zdawało, co mię ma boleć?” I patrzy znowu na swą dobrodziejkę.