Co prawda, jest na co patrzeć. Sanitariuszka, jak cudowny obraz. Chusteczka na głowie zawiązana w kształcie czepeczka, nie dość szczelnie odsłania wspaniałe lśniące blond włosy, biała bluzka z kołnierzem marynarskim w proste ciemno-niebieskie paski, spięta piękną broszką ametystową, ręce toczone, postawa, której sam widok może przywrócić do życia i pragnienia, rysunek bioder i ud, może dla pacjenta niezrozumiały, ale dla lekarzy — oszałamiający. No, krótko mówiąc — Pięknoszyja, moja przyjaciółka, droga rezerwistka. Ona to właśnie już jest przy pracy; niezmordowana, milcząco-radosna, jakby odrodzona, opatruje żołnierzyków, już tak oswojona z widokiem męskiej nagości — nawiasem mówiąc, niefidiaszowego zgoła typu są ci łagodni i wytrzymali cierpiętnicy — i strasznych poszarpań od szrapneli, jak gdyby się urodziła chirurgiem.

Mój Boże, jakże śmieszna jest ta mistyfikacja miłosierdzia ludzkiego! Tu im tak dobrze, tak bezpiecznie, tak po domowemu, że prawie człowiek bezdomny zazdrości mu. Zdrowsi czytają sobie, inni od rana do nocy spijają wonną herbatę z ogromnego kociołka, który stale stoi na gazie; w pokojach nie brak niczego. Tu maleje okropność najokropniejszych ran. Lekarze opowiadają mi o oficerze, któremu prawie że oderwało szczękę dolną, która jednakże potem przyrosła, o tym nieszczęśniku, który z przeraźliwego ognia już z całym oddziałem miał iść do niewoli, gdy nagle skutkiem jakiegoś „nieporozumienia” otrzymał kęs żelaza w oko — i dziś mu je po sześciu tygodniach daremnych prób ocalenia — wyjęto gałkę. Okazuje się, że i ci straszni wybrańcy losu znosili tutaj męki w pokorze i rezygnacji. Wszystko w tym szpitalu składa się na to, żeby bólowi wyrywać żądła, jedno po drugim.

Pięknoszyja jest, zdaje się, uratowana, ale czy który z panów lekarzy nie będzie zgubiony — nie mam pewności.

6 stycznia, środa

Od wczoraj grzmią fanfary w całej prasie. Rosjanie zadali klęskę Turkom pod Sarykamyszem: rozbili na głowę i wzięli do niewoli całe dwa korpusy, pomimo, że nieprzyjaciel miał przewagę sił. W ten sposób Turcy zostają wyparci z okręgu zakaukaskiego. Komunikaty opisują to niesłychane zwycięstwo, jako „jedno z największych w historii wojen”.

Nie trudno wysnuć ciąg dalszy: rewolucja w Turcji, powrót następcy tronu, przeciwnika awanturniczej wojny, do łask, różne zamachy skuteczne i udaremnione itd.

Nikt temu zaprzeczać nie będzie, bo nikogo to nie obchodzi, a mało kto w te odległe laury — uwierzy i nikt ich nie sprawdzi.

Daleko więcej zasługują na wiarę biuletyny z zachodu, o zajęciu przez wojska koalicji Steinbachu i o powszechnym wypieraniu Niemców. Zresztą, jeśliby nawet Joffrench przesadzał, to co najwyżej o kilka lub kilkadziesiąt metrów, albowiem cały zdobyty czy odzyskany teren nie przenosi kilkuset metrów — natomiast sztab rosyjski kłamie na setki mil.

Podziw świata dla Niemiec rośnie. „Times” angielski przyznaje coraz wyraźniej, że Francja niedostatecznie była przysposobiona i zarazem oblicza, że Niemcy wystawią na wiosnę nową, może czteromilionową armię. Aż pisma rosyjskie muszą miarkować zapędy przezorności i bezstronności angielskiej...

Ponieważ lubię dopatrywać się gałązek oliwnych pokoju w każdym porozumieniu, jakie zachodzi w pewnym punkcie między walczącymi, w każdym akcie wyższej bezstronności, więc i ta postawa poważna Johna Bulla452 wydaje mi się jakby zwiastunem czegoś. Przy tym wymienia on jeńców, niezdolnych do boju, z Niemcami — to także zbliża ku sobie narody. Ośmielony, już ważę się na zakłady z ludźmi, że wojna na wiosnę się skończy. I naprawdę, w tym łagodnym powietrzu baraszkującej zimy, pachnie jak gdyby wiosną — i wiosną ludów.