Warszawa jest jednak pod tym względem sympatyczna. Niby drży ze strachu, a jednak ma pyszną brawurę lekkomyślności. Co drugi osobnik serdecznie truchleje i z pierwszego spotkanego głupca chce wydobyć słówko pocieszenia, optymizmu, ale w domu nie usiedzi i wałęsa się po ulicach i kawiarniach, jak gdyby wszelkie owe samoloty, granaty, szrapnele były tylko do straszenia, a nie do zabijania. Jestem pewien, że gdy Niemcy zaczną np. ostrzeliwać miasto, wprzód wszystko się pochowa w mysie jamy — a w pięć minut potem wylezie na place i nawet na dachy, żeby się fajerwerkom śmiertelnym przyglądać.

Warszawo, Warszawo, gap z ciebie wierutny, łobuz niepoprawny, ulicznik stylowy, plotkarz jakich mało! Posiadasz wszystkie wady prócz jednej — nie jesteś prawdziwym tchórzem; gdy się dzieją rzeczy wielkie a niebezpieczne, nie włazisz pod pierzynę. Groza, pożary tobie nie pierwszyzna. Oswojonaś177z szablą i z nahajką178; wiesz, co to tratujący na chodniku koń kozacki. Umiesz — jakkolwiek bałamut — „urągać mocy”179 niebylejakiej i nawet „ściągać koronę”. Tkwi w twej duszy tradycja Reduty Ordona i Warszawianki z roku 1830, tradycja nawet heroizmu.

Ludzie przybywający teraz z zagranicy podziwiają fizjonomię Warszawy, raźną180, prawie wesołą; gdy gdzie indziej trwożny181 samolub martwi się i przedwcześnie opłakuje swoją przyszłą ruinę — czyste przywidzenie — Warszawa nawet wobec rzeczywistej ruiny i nędzy swojej i swych nieszczęsnych braci z Kalisza, Radomia, Suwałk, Mławy, Kielc, Zamościa — nie płacze, nie jęczy, lecz szuka wielkich pożarów i wielkich przełomów.

Otoczona żywopłotem z ognia, okowami płonących miast i siół182, nie staje się ani na chwilę małoduszną. Dusza jej zbiorowa jest ze szlachetnego kruszcu. Obyż przyszłość — złotnik nieznany — wyrzeźbiła z niej wielki klejnot nowego Odrodzenia!

Dzisiaj było smutno i ponuro. Deszcz zimny, jesienny, uporczywy i woda na ulicach nie bardzo sprzyjały pogodzie ducha. Mnożą się oznaki zbliżania się Prusaków. Całe tabory przybywają z prowincji i przedmieść, pełne zbiegów, biedne wózki i bryczki z całym dobytkiem, z pościelą, kuframi i nieraz z kilkoma sztukami krów lub cieląt. Ryczą cielęta i kwilą drobne dzieci. Widok, zaprawdę, bolesny, rozdzierający. Wszystko najgorsze, cośmy podkładali zwykle pod pojęcie ucieczki, sieroctwa, bezdomności — tutaj stało się rzeczywistością.

Wezwany byłem na ważne posiedzenie polityczno-prawne. Chodziło o przygotowanie się na wypadek, gdy miasto zostanie bez rządu lub nastaną rządy obce. Gdy przewodniczący zagaił posiedzenie i wyłożył jego cel, jeden z uczestników najstarszych, trzęsąc się ze wzruszenia, wyraził podziw, że w tak strasznej chwili i przededniu katastrofy ludzie śmią i mogą obradować w kwestiach dalszych. I oburzony opuścił zebranie.

Udało się mnie i kilku innym rozwiać chmurę przygnębienia, która zawisła nad całym sejmikiem; odbił się on i do pewnych wyników doszliśmy, ale został w nas wszystkich pewien ciężar i jakby zwątpienie... Przy tym niektórzy z przybyszów opóźnionych zapewniali, że słychać wyraźnie kanonadę i widać na krańcach miasta coś w rodzaju łuny w stronie Piaseczna i Góry Kalwarii.

Gdyśmy wyszli w kilka godzin później, wieczorem, na słotę i zimno, obraz był podobny do poprzedniego, tylko złowróżbniejszy. Prócz wózków z chudobą183, szły także tabory wojskowe. Szły leniwo, jakby w odwrocie. W przeciwnym znowu kierunku, w stronę Mokotowa, sunęły w rozsypce oddziały świeżego wojska. Na placach i rogach olbrzymie tłumy. Pytano, czekano, niepokojono się. W ciemnościach przebrzydłej nocy mijały się z sobą piechota, jazda, artyleria, obozy, kuchnie, jaszczyki z nabojami, w różnych ciągnące kierunkach: na Pragę, z Pragi, ku rogatce Jerozolimskiej, na Wolę. Rosło wrażenie, że bój wre dookoła i że we wszystkie strony wysyłane są posiłki. Niepodobna było zrozumieć celu i planu tych przemarszów. Jednym dodawały one otuchy, innym odbierały nadzieję.

Szczególnie podejrzanymi się wydały gromadki ludzi, otaczające poszczególnych żołnierzy, rozmawiano nawet z oficerami, siedzącymi na koniach; wojsko tym razem chętnie opowiadało. Słyszałem skargi na dowódców, nawet złorzeczenia, biadania. Niektórzy żołnierze dreptali bez czapek i bez obuwia. Nie było wątpliwości, że jakiś większy oddział musiał się ratować ucieczką.

Powoli, wszystkie urwane słówka, pogłoski, z ust do ust podawane, żale żołnierzy — zrosły się w wielką fatalną wersję, że dwie dywizje jazdy pruskiej z mitraliezami przedarły się spod Sękocina lasami aż w pobliże Piaseczna i biwakujące spokojnie trzy pułki syberyjskie zaczęły prażyć morderczo z gęstwiny leśnej. Mówiono: dwa pułki wycięte, trzeci rozbity! Odpoczywały, niczego nie podejrzewając, bez oficerów, ci zaś odpoczywali... w mieście, w renesansach i kawiarniach.