A może to sympatia moja dla tych dalekich przybyszów, którzy tu, w sercu obcej im ziemi polskiej, mają za nią przelewać swą krew — sprawia, że widzę w nich dobro i poczciwość, a wydatność ich głów wprawia mnie w malarski zachwyt?
Coś podobnego czuje i lud uliczny, a ze sklepów i sklepików przydrożnych kobiety i dzieci wybiegają, żeby śpieszącym podać wody do picia, trochę niewyszukanych łakoci lub papierosa.
Od wspaniałego zgiełku, w którym — słyszę wyraźnie — bije puls świata, uciekam nad Wisłę, ale i tu gwarno i ludno. Niebywałych kształtów samochody — olbrzymy, furgony z pościelą, platformy z łóżkami polowymi, podwody z naftą, fury z mąką, drzewem, bryczki z ubogimi, zbiegami, dorożki z wyjeżdżającymi urzędnikami, pop — kapelan wojskowy, w jasnej sutannie na koniu, chyże sanitariuszki w białych chustkach na głowie, obozy z konserwami mięsnymi, jaszcze z amunicją, Kozacy, dragoni, piechota i znowu wojsko, wojsko, wojsko — wszystko to pod niebem dziś już pięknym i pogodnym, porywa umysł w wielki, szeroki wir i zamęt, rozpiera piersi, napełnia uczuciem szalonej ciekawości i sympatii, tak iż zapominasz zupełnie, że działa wciąż grzmią i grzmią...
Dopiero na samym bulwarze wiodącym do mostu Poniatowskiego względna cisza. Majestatycznie i pogodnie płynie Wisła, równo i szeroko rozpościerają się koła wirów. Patrzę w błękitne dzisiaj fale i miasto zostało poza mną. Nagle wspomnienie mnie ogarnia: prawdaż to, że dookoła świat zamienia się powoli na wulkan, a po mieście toczą się szeregi i obozy, jak ciężkie dunajce lawy?
15 października, czwartek
Wczoraj był chyba punkt kulminacyjny ruchu — dzisiaj rano miasto jak zdechłe. Pomimo niezłej pogody, o godzinie ósmej rano, a nawet jeszcze o dziewiątej, przed oknami mymi cisza. Wyglądam, czy chodzą jeszcze wojskowi, czy pod dzwonnicą znajdę kogo. Gdzie się podziały dorożki i samochody? Jakby się pod ziemię zapadły. Natomiast samym środkiem placu Saskiego, między cerkwią a zieleńcami, jedzie sobie furmanka chłopska, z kuframi, pościelą i całym dobytkiem. Gdzie zwykle parady bizantyjskie się odbywają, chłopek jakiś ryje żwir kołami swego wozu. A może już policji nie ma, a więc koniec świata nadszedł?
Powtarzam — ulice jak zdechłe. Może już Niemcy gospodarują? Chyba jeszcze nie, bo walka snadź toczy się zażarta. Szczególnie między ósmą a dziewiątą huki przeciągłe, pełne, gromowe napełniały powietrze. To co było wczoraj, wydaje mi się teraz we wspomnieniu tylko jakąś próbą, „macaniem” nieprzyjaciela. Dzisiaj w samych łoskotach czuć uporczywość, napięcie, gorący puls boju. Chwilami tworzy się jeden nieprzerwany, jeno że równy natężeniem grzmot. I w dodatku jest bliższy od wczorajszego, więc niepodobna, żeby to była zapowiedziana wczoraj bitwa z 2 korpusami i 150 armatami niemieckimi, okopanymi w Górze Kalwarii. Stamtąd by huk tak mocno nie dochodził.
Nikt na ulicy nie umiał mnie objaśnić. Za to wszyscy byli strwożeni. Każdy czuł że „Prusak jest pod samym miastem”. Jedni twierdzili, że umocnił się w Żbikowie i że tam mu grób szykują działa rosyjskie; inni, że ukryty jest w Lesie Sękocińskim i stamtąd się go haubicami wykurza. Tak czy owak, pewnym jest, że znowu wylazł jak spod ziemi, tuż przed naszymi nosami.
Po kilku godzinach przerwy działa znów zagrały.
Znowu zaroiło się w mieście niepokojem i pośpiechem. Widać, że odbywa się ewakuacja. Szeregi wozów z łóżkami szpitalnymi świadczą o opróżnieniu wojskowych lazaretów, pełne omnibusy188 rannych kierują się tym razem na trzeci most, a więc jakoby poza Warszawę i poza teatr wojny.