Wojownicy z krainy sanskrytu, czyż wy wiecie, że waszym sztandarom błogosławi Warszawa, pewne miasto w Europie nad Wisłą, stary romantyk, wiekuiście wzdychający do palm wschodu i farysów pustyni? Czy wam kto powiedział, że z innym zapałem poprowadzą was w bój wodzowie, gdy się dowiedzą o zwycięstwie pod Warszawą?

Czy ty, Warszawo, płocha i odważna, sama zdajesz sobie sprawę, że walka o Ciebie, która Cię ocaliła, odbiła się echem po szeregach francuskich, angielskich i belgijskich? Dwugłowy orzeł królewski Zachodu, Joffrench, przeczytał w rozkazie dziennym suchą, żołnierską pieśń o Tobie spracowanym bohaterom, walczącym o honor, cywilizację i wolność...

26 października, poniedziałek

Nie mogę tego inaczej nazwać jak zabawą. Jak w najpiękniejsze dni maja, warszawiacy rzucili się w bliższe i dalsze okolice miasta oglądać pobojowiska. Próbowałem i ja wczoraj dostać się na letnisko — na stacji kolejki czekali już na mnie bliscy, a z tą okolicą dobrze zżyci, ażeby mi być przewodnikami po mało znanych terenach leśnych, gdzie najzawzięciej walczono. Nie udało się, pomimo, iż przyszedłem o całą godzinę wcześniej. Dawałem całkiem poważne grosze za odstąpienie mi piędzi na stopniu, ażebym mógł uczepić się poręczy, choćby jedną nogę trzymając w powietrzu. Próżne starania. Nikt wtedy nie był czuły na pieniądze, na ból, na zaduch, lub na świszczący wiatr. Stano na buforach wagonów, na łańcuchach, na każdej wystającej deseczce. Z jednego wagonu towarowego dochodziły piski i krzyki jak z cielętnika, szczelnie zapchanego beczącymi pasażerami.

Za całą pociechę służyło mi to, iż byli tacy, co sypnęliby złotem, żeby móc ten pociąg sfotografować. Zaiste na taki widok trzeba było czekać aż do wojny europejskiej. Wagony czyniły wrażenie, jak gdyby je zanurzono w jakimś gęstym lepkim mrowisku ludzkim, a potem wyciągnięto na wierzch. Była to jakaś wielogłowa masa żyjących stworzeń, oblepiająca z zewnątrz i z wewnątrz wielkie pudła zielone i żółte.

Tuż obok, na linii zapasowej, stał przygotowany drugi pociąg, który miał odejść o półtrzeciej godziny później. Jadąc nim, byłbym na miejscu dopiero o godzinie pierwszej i niewiele zostawałoby dnia na zamierzone wycieczki, więc dałem zupełnie za wygran. Przyszło mi to tym łatwiej, że i ten pociąg był już najdokładniej oblepiony masą ludzką, skazującą się dobrowolnie na trzygodzinne czekanie, bądź w spotniałym tłoku, bądź w fantastycznym zawieszeniu u dachów i stopni.

Znajomi moi twierdzili jednak stanowczo, że pod wagonami nie było pasażerów. Nie mogąc sprawdzić z powodu frędzli stu nóg, spadającej do samej ziemi, musiałem uwierzyć. Również dowodzono, że w rurze komina nie ma ludzi. I o tym przekonać się nie było podobieństwem. Lokomotywa tak doszczętnie straciła właściwe swe linie, że tylko rzadka smuga dymu pozwalała domyślać się istnienia parowozu, aczkolwiek mogła przecież wychodzić z czyichś ust lub z papierosa.

Podziwiałem dar ekwilibrystyczny ludu warszawskiego, jego przedsiębiorczość i odwagę. Szkoda, że nie mamy swojej marynarki. Ci wszyscy jakimiż znakomitymi byliby majtkami, jakżeby wspinali się na maszty!

Nazajutrz pociąg już nie odszedł, czy też odszedłszy — nie wrócił. Okazało się, że to zupełnie słaba idea wieźć kilka tysięcy pasażerów „na gapę”, w dodatku prowokować tuzin katastrof, zduszeń i poranień. Serce Warszawy bije teraz za jej przedmieściami. Miazga jej rozlała się na wielkiej połaci wschodnio-południowej kraju, której jeden bok stanowi linia kolei kaliskiej aż po Błonie, a drugi — Wisła, aż do punktu, leżącego na równi z Konstancinem i nieco bardziej na zachód — Piasecznem. Jest to przedpole teatrów walki, które się toczyły wzdłuż frontu Błonie — Dęblin.

Szczególny widok przedstawiały pola i drogi. Biedni ludziska, wyrzuceni z swych siedzib na bruk Warszawy, wracali teraz pieszo z całym dobytkiem na plecach do swych ograbionych domów, płacząc, i uginali się pod ciężarem. Tu i owdzie skrzypiała mizerna furka, zaprzężona w jeszcze mizerniejszego chabeta, i co kilkaset kroków grzęzła w beznadziejnym błocie jesiennym.