A nierzadko spotykało się rodziny, uciekające dopiero do miasta. Wystraszone pożarami rykami dział, teraz dopiero odważyły się wyjrzeć na świat boży; nie wiedząc nic o odparciu najeźdźcy, ruszyły w opłakaną drogę. Ogłupiali nieprzytomni, dziwili się tym, co już wracali, za nic wierzyć nie chcieli, że krwawa burza minęła.
Ale najwięcej snuło się po świecie ciekawskich. Młodzież z plecakami, starsi z koszykami prowiantu, cywilni maroderzy244 z pięćdziesięciotysięcznego korpusu warszawiaków bez określonego zajęcia, szli najczęściej od samego miasta pieszo. Oglądali każdą norę transzei, każdą dziurę w drzewie, każdą świeżą mogiłkę, szukali nabojów, ładowali do koszy łuski szrapneli, wchodzili do blindaży245.
Szli tysiącem dróg, jakby na wielki odpust przynosili z sobą pamiątki. Ten czapkę landszturmisty, tamten bagnet, ów tornister. Pod wieczór niejeden miał i pikielhaubę pod pachą, a nawet karabin niemiecki, który mu rychło odbierał nielitościwy żandarm rosyjski.
Od razu, jak gdyby się cały świat z sobą porozumiał, zrodziła się moda pamiątek. Zazdroszczono tym, którzy np. z linii piaseczyńskiej przynosili piękne szrapnele pruskie, całe cylindry, podobne do majolikowych, dźwięczne jak kryształ czeski, niezmiernie ciężkie. Mniej popytu miały rosyjskie, ile że z mniej pięknego metalu; z tych i tamtych będą wazony do kwiatów. Znajdowano i szrapnele niewybuchłe, które potem w Warszawie torowały swym szczęśliwym posiadaczom drogę do nieśmiertelności w „Kurierach” przy pomocy rubryki: „Śmiertelne postrzały”, „Tragiczne pamiątki z pobojowisk”, itp. Ktoś z mego otoczenia znalazł w Skolimowie bombę ręczną niewystrzeloną i w nieświadomości chodził z nią przez cały dzień. Gdy tak ją trzymał w ręku, oficer przechodzący obok, dostrzegł ją i aż krzyknął ze zgrozy, odebrał szczęśliwie i w bezpiecznym miejscu ulokował.
I ja wziąłem sobie pamiątkę, ale o wiele cichszą i skromniejszą.
Kiedym wracał pieszo z Brwinowa do Pruszkowa, i z trudnością omijał dzikie sploty drutów telegraficznych, pokrywających całe pobliże plantu — podszedłem ku dwóm ciałom poległych Niemców. Gromadka ludzi była niby zajęta ich grzebaniem, ale właściwie więcej niż pochówek interesowały ją mocne i zdrowe buty na nogach nieboszczyków. Oczywiście kieszenie już były wywrócone na wierzch.
Przedtem widziałem z dala inne pole, na którym snem wiecznym spoczywało dziewięciu Niemców, już tylko w samej bieliźnie. Ci zaś dwaj byli jeszcze ubrani. Jednego mi było szczególnie żal, może dla tego, że wyglądał na męża i ojca rodziny. Gdzie otrzymał śmiertelny postrzał, nie mogłem zmiarkować; widziałem tylko na piersi obnażonej czerwień jakichś krwawych podskórnych linii i zygzaków i sine kwiaty mrozu śmierci.
Obok leżały papiery jakieś, a wśród nich maleńka książeczka, zmięta, oprawna w liche czarne płócienko; wyglądało to jak notes ubogiego bardzo człowieka. Podniosłem, z krwi otarłem; był to śpiewnik polowy, Feldgesangbuch für die evangelischen Mannschaften des Heeres246. Zbiór pieśni pobożnych różnych poetów niemieckich, począwszy od połowy szesnastego wieku; w końcu zaś kilka psalmów z Psałterza Dawidowego, i jako ostatni, Psalm 91:
„Kto się w opieką odda Panu swemu”.
Niewiele ci, nieboraku, pomogły królewskie modlitwy i oto leżysz jak ostatni nędzarz, na obcej ziemi, a ludzie, więcej głupi niż źli, więcej ubodzy niż złośliwi, ogałacają cię z ubrania, abyś stanął przed obliczem Pana tak właśnie, jak cię stworzył. Poznacie się wzajemnie: On, bo ma boską pamięć i musi przypomnieć sobie ów milion dzieci swoich, co poległy w trybie mocno skróconym, w ciągu trzech miesięcy. Ty zaś, boś Go wołał natchnionymi słowy Theodora Körnera247: „Vater, ich rufe Dich!”, a potem: „Gott, ich erkenne Dich!”248