Pani droga, wszyscyśmy304 dziś niepotrzebni, jako nie błazny i nie kabotyny; ale wiem na pewno, z własnych częstych rozmyślań, że samobójstwo to odruch zemsty, to danie w pysk komuś. Ale czy ktokolwiek bierze takie w pysk do serca? Pójdą na pani pogrzeb, może nawet złożą na trumnie wieniec, i odetchną uczuciem ulgi, że ktoś niestworzony do meczu drapieżnych kłów i pazurów, poszedł sobie bez hałasu na tamten świat.
Samobójstwo to żadna satysfakcja — może więc już lepiej położyć się na ziemi, u progu dnia jutrzejszego, i dać płonąć ciekawości wielkiej jak gromnica — co też to jutro przyniesie, gdy zrzędną grube opony krwawych chmur?
Nuda zawisła nad miastem, apatia mży jak deszcz, który ma niebawem przejść w śnieg.
Apatia? Apatia, gdy milionowe armie walczą, a co dzień pada przynajmniej 10 tysięcy ludzi, poszarpanych przez roztopione żelazo, podziurawionych przez kule, spalonych przez tyfus, zduszonych przez zimno? Gdy giną chłopcy szesnastoletni, dzieci zabrane z gimnazjów przez Molocha305 niemieckiego? Gdy niektórych wsi i miasteczek we Flandrii nie można już zdobywać ani bronić, bo są już tylko wielkimi kurhanami gnijących trupów? Gdy toczą się oszalałe boje bez zwycięstw i w ogóle bez rezultatu? Gdy wylatują w powietrze pułki, bo Niemcy podminowują pola, domy, rzeki, brody, szosy?
Wobec tego wszystkiego mówić o apatii? A tak. Jest to pewnego rodzaju zbiorowy paraliż, tężec mózgu, skuwający władze myślenia, lecz nietamujący ruchu. Wszystko się rusza miliardem śmiertelnych drgawek i konwulsji — ale myśl zamarła. Ludzie ugodzeni kulą w czoło, nim padną martwi, są podrzucani do góry. Tak podskakuje ugodzona w swój mózg Europa i cały świat. Nie są to walki ludzi z ludźmi, lecz krwawych automatów z automatami, lub jak mówi pewne pismo angielskie, „armat z armatami”. — 28 dni trwa bitwa o Diksmuide, a żołnierze omdlewający od zaduchu krwi i trupów, obezwładnieni bezcelowością swego męstwa, bezsensem poświęcenia, niechybnością śmierci — pędzeni są do walki groźbą ustawionych za ich plecami kartaczownic.
Okazuje się, że społeczeństwo, państwo, wszelka ogromna zbiorowość jest najniższą, najpodlejszą formą istnienia i organizacji. Narody, przejęte wstrętem i oburzeniem, nie są zdolne do inicjatywy, do protestu, do przedsięwzięcia czegokolwiek w celu zatamowania własnej i cudzej zbrodni. Automatyzm gromadnego wzajemnego tępienia się uniemożliwił wszelki czyn. Masy stały się jakąś bierną substancją, miększą i powolniejszą od gliny, w rękach tak zwanego rządu, ciskającego na swe kilkadziesiąt milionów poddanych czad ogłupienia i rozbestwienia. Gabinetom i dworom jest tak łatwo organizować opinie i sumienia, prasę i nerwy, poglądy i refleksy, wzrok i słuch, logikę i wytrzymałość dla celów wojny, że czucie ludzkie, pierwotne i niechore, niezarażone tą psychozą, nie próbuje nawet odezwać się, jęknąć, zapłakać.
W czasie pokoju, nawet w czasach zwykłych tj. znanych przez historię wojen, bywało, że jakiś tak zwany desperat lub szaleniec usuwał ze świata którego z głównych sprawców niedoli — teraz zaś, kiedy uprzątnięcie jednego ambitnego głupca świat ten ocalić by mogło, nie znajdzie się jedna, jedyna indywidualna rozumna wola.
Czyn został zabity przez powszechne i bezwzględne panowanie Kruppiarni wszechświatowej.
Wszystkich nas spętał paraliż woli. Nie chcemy i nie cierpimy już — toniemy w odrętwieniu, jak w oceanie krwi.