Nie podejrzewałbym jednak nigdy Niemców taki talent rozdawania judaszowych srebrników. Byli na to za skąpi i wyrachowani. Nie ich to przewaga polegała na umiejętności brania, ale i dawania łapówek. A tymczasem teraz sypią złotem na prawo i na lewo. Wzburzyli Boerów, buntują Persów, judzą i myszkują w Egipcie, zapewne też w Indiach Wschodnich, a teraz oto i w Trypolisie.
Egipt zaświadcza o swej lojalności, Persja uroczyście wypiera się konszachtów z Turcją, a jednak dywersja — dywersją. Albion coraz trudniejsze ma zadanie gaszenia ogni, które coraz to gdzie indziej wybuchają. I Rosja zapewne wolałaby korpusy, walczące w Armenii, pod Kaprikoj i w pobliżu Erzerumu, przesłać w nasze okolice, pod Kutno, Włocławek, Radomsk, gdzie ustępujący Niemcy rzekami krwi rosyjskiej znaczą swój odwrót, a podobno próbują ponownie ofensywy,
15 listopada, poniedziałek
Niedziela — sucha, ale zimna i posępna. Człowiekowi tak głupio i tak ciężko, a wieści o zbliżaniu się wojsk rosyjskich do Krakowa, o zajęciu Tarnowa i okolic, tak przytłaczają serce — że lada promyk nadziei wita on jak całe rozbłysłe słońce. Oto dodatki nadzwyczajne głoszą, że Asanith, Bonar Law i Curzon301 wierzą w szybkie zakończenie wojny, albowiem „połowa ludzkości bezpośrednio z jej winy cierpi”. Patrzcież, jakie nowe spostrzeżenie! Innym telegram opiewa, że jeńcy rosyjscy, internowani w Zgorzelicach, są za swą pracę wynagradzani i mają się dobrze. A może ta pierwsza pochwała dla wroga jest wstępem do jakichś układów? Może to nie bez głębszej przyczyny zebrało się naraz kilka symptomatów, podobnych niemal do jaskółek?
Te niby — jaskółki to moje święto. Wczoraj oddawałem się rozmyślaniom na temat represji względem jeńców i obcych poddanych — szykan i udręczeń, w których prześcigają się Rosjanie i Niemcy. Ostatnie resztki honoru wojskowego i współczucia dla biednych tułaczów cywilnych, zaskoczonych przez wojnę na ziemi nieprzyjacielskiej, poleciały z huraganem; złość absolutna i konsekwentna opanowała jak trąd rozjuszonych coraz więcej przeciwników. Dzisiaj zaś popełniam bezsens i zaczynam łudzić się, że złością tą zaczynają wreszcie dławić się i sami ukoronowani sternicy naw państwowych. I nie poczytuję sobie tej iluzji za słabość: tyle goryczy wsączyli we mnie ludzie, że jej wszystkiej strawić nie mogę.
Była bieda — teraz jest nędza; była drożyzna — teraz są ceny ustanowione chyba przez szatanów; bywali bezdomni, teraz są ich dziesiątki i setki tysięcy. Było bezmyślnie — teraz jest oślo i wieprzowo. Warszawa stała się gromadą kołowatych owiec. Zadowolona, że może nie uczyć się, nie czytać, nie słuchać, że może karmić się teatrem, dobrym dla zulusów302 lub patagończyków — woła w moją stronę z zuchwałą pewnością, że już nie da tak prędko nakłonić się do życia szlachetniejszego i więcej umysłowego. Oho, nie złapiecie nas już na książki, na sztukę, na dramat!
Po miesięcznej przerwie rozpoczęły się wczoraj teatry. Więc nowy przedświt i nowa uroczystość? Nie — nowy okres ciemnoty i tandety, Piękna Helena w starych łachmanach — świecących jak fosfor na grzęzawisku.
Źle jest, ciasno i duszno. Nie tylko Polska odcięta od świata, ale i Warszawa odcięta od Polski. Niemcy z bezprzykładną gruntownością zburzyli drogi, mosty, koleje, dworce, zwrotnice, warsztaty. Wyjechać dokądś dalej, zobaczyć chociażby szmat tej biednej, złupionej i spalonej prowincji, nie sposób. Jechać można tylko końmi albo samochodami — gdy się jest fabrykantem lub bankierem, lub umie noce spędzać w nieopalonych wagonach i w oczekiwaniu, aż przejdą nieskończone transporty wojsk, furażu, artylerii, amunicji.
Zima i więzienie, samotność i towarzystwo durniów, dziurawe hajdawery i wstyd, że się żyje i umrzeć nie ma prawa — to stan barometru na dziś.
Przyszła do mnie na gawędę znana aktorka, bez środków do życia, człowiek z talentem i lepszą, głupio dostojną nienowoczesną naturą — ze łzami w oczach i prośbą, żebym jej wskazał najpewniejszy i najlepszy sposób przeniesienia się na dolinę Józefata303. — Dumny byłem, że mnie uważają za takiego szafarza „Śmierci i wyzwolenia”.