Na chwilę posyłam wzrok w stronę Serbii. Zdaje mi się, że słania się przed ostatnim ciosem. Okazuje się, że chory, zmarły dymisjonowany generał Auffenberg320, skompromitowany koleżeństwem z Dankiem i porażkami w Galicji wschodniej, stoi zdrowo, aż nadto zdrowo, na czele armii, doduszającej Belgrad i jego rzeczywiście bohaterskich obrońców.

A jeśliby się sprawdziła wiadomość, że Austria mobilizuje nowy milion wojska, i ewakuuje zupełnie pogranicze włoskie — to jutro przedstawiałoby się znowu groźniej dla trójporozumienia, albowiem byłby stąd wniosek prosty, że od strony Włoch Austria zabezpieczyła się traktatami... Ale — nie bardzo temu wszystkiemu wierzę.

Bądź co bądź Włochy siedzą cicho; nie rusza się i Rumunia. Wszystkie ody i płomienne mowy d’Annunzia321 są bezowocne. Snadź dwuprzymierze dobrze się jeszcze trzyma, skoro Włosi, ci najprzebieglejsi handlarze Europy, wahają się przeciw niemu wystąpić. Ta ich rezerwa jest najlepszym sprawdzianem sytuacji i może zastąpić wszelkie niejasne i niepewne komunikaty.

Może więc — i czarna chmura, nad Krakowem zawisła, się rozwieje, pomimo, że armia rosyjska, zająwszy Nowy Sącz podeszła do Wiśnicza i Wieliczki. Jeśli tam grzmią działa, to biedna rodzina moja i wszyscy druhowie moi — z jakimże strasznym słuchają ich uczuciem!

23 listopada, poniedziałek

Bomba rzucona z aeroplanu ma stanowczo zasługi towarzyskie. Gromadzi ludzi nie tylko na miejscu wybuchu, ale i przez cały pozostały dzień aż do późna w noc.

Tak też było i wczoraj. Niemcy zostawili znowu swoją kartę wizytową. „Chuligan powietrza” jak się wyraża w swym stylu kinematograficznym, jeden z „Kurierów”, przeleciał w południe nad miastem i rzucił bombę, która spadła w Alejach Jerozolimskich przed domem nr 70 i ciężko zraniła pięć osób. Prawdopodobnie, jak i owa z przed miesiąca co poszczerbiła „Polonię” — była przeznaczona dla dworca Kolei Wiedeńskiej.

Dalszy ciąg widowiska znany. Pocisk strzaskał kilka płyt w chodniku betonowym, potłukł na miazgę wielkie okna wystawowe w magazynach, zasypał ulicę warstwą szkła itd. Tłumy, gawędy, komentarze. Obawa jeszcze mniejsza niż za europlanów dawniejszych. Nawet najlogiczniejszy wniosek, najlepiej schlebiający uczuciu trwogi, że zapewne Niemcy są bardzo blisko, nie znalazł drogi do samopoczucia ulicy. Wie ona wybornie, że Prusacy przestali zwyciężać i pełną dłonią pije z fontanny brawury oficerskiej.

Na mnie osobiście bomba ta uczyniła wrażenie przechwałki człowieka, co jest bardzo daleko, a chce dać do zrozumienia, że usadowił się bardzo blisko. Alboteż jest to odruch złości i zemsty, że zdobycz się wymyka.

I dzisiaj krążył pod białymi obłokami, a nad placem teatralnym samolot, podobno niemiecki „Taube”, ale bomby nie rzucił. Różni zapewniali, że to latawiec swojski, rosyjski albo francuski, gdyż inaczej byłby na pewno ostrzeliwany. Odparłem, jak i myślę, że właśnie na odwrót — wiem bowiem z doświadczenia, że dzięki chronicznemu nieporozumieniu, najzawzięciej pracują kartaczownice i karabiny, gdy przelatuje aeroplan swojski, a to zgodnie z hardą odpowiedzią szyldwacha sprzed gmachu sztabu.