Jest w tym pewne usprawiedliwienie psychologiczne. On słucha hasła paryskiego: iść z bulwarem, nie różnić się od ulicy, od głosu miasta; prawdziwa sztuka jest zawsze echem i sumą wielkiego środowiska. Warszawa według niego jest drugim Paryżem; artysta powinien z jej duszy brać tablice — sympatii i antypatii, a nie przeciwstawiać się tłumowi. Kraków i Lwów — to „dziury”, których lepiej, żeby nie było.

Aureliusz nie często rozmawia z filozofem bez filarów. Jest na to za nieśmiały — zuchwalstwo chowa tylko na zebranie z dwóch, trzech osób. Ale wobec kilkunastu nie otworzy ust. To mu nie przeszkadza mieć miny głębokiej, swobody w ruchach i zachowaniu się. Uśmiecha się, odchodzi, uważa, patrzy wszystkim w twarze otwarcie i nietresowanie. W lekkim palcie, grubym szalu, bez laski, i bez rękawiczek, budzi we mnie zazdrość swoim wyglądem małomównej beztroski.

Filozof bez filarów nie uczuł bynajmniej szczególnego pociągu ku Aureliuszowi. Ten zaś zdziwił się niepomiernie, gdy zauważył, że całe grono czyta uważnie jakiś dodatek nadzwyczajny, pełen sensacji telegraficznych, w rodzaju tej np. że Niemcy dla zjednania Arabów obiecali im przysłać do haremów Angielki i Francuzki wzięte do niewoli. Robił głupią przerażoną minę, gdy brano na serio opowiastki o rewolucjach w Berlinie, w Peszcie, Monachium, Dreźnie, o samobójstwach generałów niemieckich, o nędzy w Gdańsku i Królewcu itd.

— To panowie wierzycie wszystkim tym bredniom? — zapytał ni to uśmiechnięty ni skrzywiony, a szczecina na głowie dziwnie się przy tym poruszała.

— A co, mamy może wierzyć źródłom niemieckim? Te dranie umieją tylko uciekać, a potem łgać na funty, że zwyciężyli.

Szpady się skrzyżowały. Kos uczuł na sobie wzrok Pięknoszyjej, którą pierwszy raz do klubu au grand U przyprowadziłem — wzrok, pełen oczekiwania i zachęty. Zaczął się śmiać, głośno, szeroko śmiać, tak szczerze i z głębi przekonania, tak bez szyderstwa i chęci drażnienia, jak gdyby na widok np. twarzy swojej odbitej w wypukłym albo wklęsłym zwierciadle.

Oponenci znaleźli się w istnym kłopocie. Jeden z wielką głową i ogromną zdrową czupryną, szeroki w barach i krępy, typowy syn starego miasta, pierwszy przerwał milczenie.

— Pan, widzę, ma orientację pruską. Jest pan zwolennikiem pikielhauby?

— Pruską? Pruską! — krzyczał prawie, w dalszym ciągu śmiejąc się. — Co pan plecie, panie? Ludzka, człowiecza! Prusacy, nie Prusacy — Botokudy367 niech przyjdą, byleby zrobili z wami porządek. Dadzą wam szkoły, zbudują koleje, mosty i drogi, szpitale i ochrony. Niech tu wejdzie sam czort, byleby nie śmierdziała nędza i ciemnota, żeby dwa miliony Żydów nie roznosiło szkarlatyny, odry i robactwa. Niech tu wejdzie cholera, panie, byle, byle nie było tego co jest. Ha ha!

— A tymczasem — wtrąciła jedna z niewiast — nas czeka ruina.