Za krańce możebności, w dal, poza światy znane!»

Głos ten śpiewał jak wicher szumiący po rozłogach,

Jak widmo nieokreślne, nie wiedzieć skąd przywiane,

Co słodko pieści ucho, a jednak trwoży sobą.

«Jam gotów, głosie luby!» rzekłem — i od tej pory,

Czuję to, co — niestety! — można zwać mą chorobą,

Fatalnością mych losów. Odtąd poza pozory

Ogromu wszechstworzenia, w czarnej otchłani głębi,

Ja, ofiara dręczona przez jasnowidztwa harpie2,

Odróżniam tysiąc dziwnych światów, co się w mgle kłębi,