Toną w śnie ogłupienia bachantki rozpusty,

Podczas gdy nędza z piersią wystygłą, zapadłą,

Chucha w ręce lub nieci żar, by zwarzyć118 jadło.

Czas to był, gdy w kryjówkach i chłodu, i głodu

Najsroższe dla położnic godziny porodu;

Gdy jak głuszone falą spienionej krwi łkanie —

Rozdzierało powietrze w dali kurów pianie;

Morze mgły pogrążało gmachy jak w kąpieli,

A po szpitalach, na swej śmiertelnej pościeli

Mrący w napadach czkawki żegnali się z życiem.