Siedziała obok mnie wyprostowana i spokojna, po twarzy jej jednak spływały łzy.
— Był tu już przedtem — mówiła — chory był od dawna, złamany, strawiony chorobą. Gdy spostrzegł, że źle z nim, prosił, aby posłano po mnie. Żałował przeszłości, żałował.
— A! Tu więc bywałaś, ciotko, ostatnimi czasy?
— Tu! Przesiadywałam przy nim długie godziny.
— Zmarł tego wieczoru, gdyśmy jeździli do Canterbury? — spytałem.
Ciotka skłoniła głową.
— Nikt mu już szkodzić nie mógł — rzekła. — Próżne to były pogróżki.
Jechaliśmy za miasto, na cmentarz Hornsey.
— Wolałam pochować go tu, niż tam w mieście — rzekła. — Tu się urodził.
Wysiedliśmy i poszliśmy za trumną. Dół był wykopany.