— Może pan z łaski swej raczy usiąść i mnie dozwoli wyręczyć siebie.
Mówiąc to, wziął mi widelec z ręki i pochylił się nad stojącą na kominku kratką. Po chwili zajął się przypiekaniem baraniny.
Zjawienie się samego Steerfortha nie zmieszałoby nas zapewne, lecz obecność jego służącego działała na nas w dziwny sposób. Pan Micawber począł nucić dla okazania zapewne swobody, rozparł się niedbale na krześle, a spod poły wystawał mu widelec, jak gdyby się nim miał przebić. Pani Micawber naciągnęła ciemne rękawiczki i przybrała omdlewającą pozę. Traddles zatłuszczonymi rękoma najeżył sobie czuprynę, potem otarł je o obrus, co do mnie zmieniłem się nagle w niemowlę prawie i, przy własnym siedząc stole, nieśmiało spoglądałem na niespodziane to zjawisko czyniące porządki pod mym dachem.
Littimer, ze znaną mi powagą, obniósł dokoła stołu zdjęte z ognia zrazy. Jedliśmy, apetyt nas jednak wraz z uprzednią wesołością opuścił zupełnie. Littimer sprzątnął cicho talerze i podał ser. Potem zdjął obrus, w kątku ustawił naczynie i przyniósł nam szklanki i kieliszki. Wszystko to dokonywał z największą ścisłością i dokładnością, nie podnosząc oczu, z pleców jego jednak widziałem, gdy się odwracał, że miał mnie za młokosa, za dziecko i tyle!
— Czym jeszcze mogę panu służyć? — spytał.
Podziękowałem mu, prosząc, czyby sam nie zjadł czego.
Podziękował mi wzajemnie, odmawiając stanowczo.
— Czy pan Steerforth ma przybyć z Oksfordu? — spytałem.
— Za przeproszeniem pańskim?
Powtórzyłem pytanie.