W salonie zastaliśmy pannę Dartle samą.
— Nie przerywaj — rzekł Steerforth widząc, że odejmuje ręce od harfy. — Bądź, Różo, choć raz dobra i zaśpiewaj nam irlandzką piosenkę, wiesz.
— Niby dbasz o irlandzkie piosenki? — odparła.
— I bardzo, więcej niż o wszelkie inne. I Davy szalenie lubi muzykę. Różo kochana, zaśpiewaj irlandzką piosenkę, usiądę i będę słuchał, jak dawniej.
Nie dotknął jej ramienia ani nawet krzesła, z którego powstała, tylko usiadł nieopodal harfy. Stała chwilę niepewna, przebierając palcami po strunach, lecz nie wywołując żadnego dźwięku. Usiadła wreszcie, gwałtownie przyciągnęła do siebie harfę i zaczęła śpiewać.
Nie wiem, co było w tym śpiewie, lecz wydał mi się nadziemskim. Niczegom podobnego nie słyszał i nie wyobrażał nawet sobie. Było w tym coś strasznego zarazem, zdawało się, że melodia nieukładana w tony, nierozebrana na nuty wybuchła namiętna, konając w niskich tonach, to podnosząc się znów ze zdwojoną potęgą. Byłem odurzony. Słuchałem, chociaż umilkła już była i tylko trącała o struny harfy.
Z zamyślenia wyrwał mię Steerforth. Powstał z miejsca i obejmując pannę Dartle, zawołał, śmiejąc się:
— Odtąd, Różo, i na przyszłość będziemy się wzajemnie kochali z całego serca? Zobaczysz!
Odepchnęła go ze złością jak dzika kotka i wybiegła z salonu.
— Co się stało Róży? — spytała, wchodząc właśnie w tej chwili, pani Steerforth.