— Była przez chwilę aniołem — odrzekł syn — a po chwili, dla zachowania zapewne równowagi, wpadła w przeciwną ostateczność.
— Nie powinieneś rozdrażniać jej — zauważyła matka. — Winieneś pamiętać, że charakter jej zgorzkniał, i oszczędzać ją.
Róża nie pokazała się już wieczoru tego i nie było więcej o niej wzmianki. Dopiero gdym wszedł do pokoju Steerfortha, aby mu życzyć dobrej nocy, spytał mnie, czy spotkałem kiedy coś bardziej niezrozumiałego i kapryśnego.
Wyraziłem moje przechodzące wszelką miarę zdziwienie, pytając go wzajemnie, czy się domyśla, co się jej stało.
— Nieba raczą wiedzieć — odrzekł — jaka ją ukąsiła mucha. Mówiłem ci już, że obróciłaby wniwecz wszystko i wszystkich, włączając samą siebie, zmięła i potargała. Brzytwa to, z którą nie można nigdy być dość ostrożnym. Zawsze ci z nią grozi niebezpieczeństwo! Dobranoc, pierwiosnku.
— Dobranoc — odrzekłem — kochany przyjacielu. Żegnam cię zarazem, gdyż odjadę jutro, zanim wstaniesz.
Zatrzymywał mię, a potem kładąc mi obie ręce na ramionach jak poprzedniego wieczoru:
— Pierwiosnku mój — rzekł z uśmiechem — lubię cię tak nazywać, chociaż ci twoi chrzestni rodzice zapomnieli dać ci na chrzcie to imię. Lubię i chciałbym, chciałbym z całego serca, abyś mnie tak samo mógł nazywać.
— Mógłbym, gdyby mi się podobało — odrzekłem.
— Słuchaj, pierwiosnku! — ciągnął. — Jeśli nas co rozdzieli, zachowaj o mnie dobre wspomnienie. Musisz mi to przyrzec. Zachowaj o mnie dobre wspomnienie wbrew okolicznościom, które rozłączyć nas mogą.