Podnosząc pomału kościste ręce, pocierał podbródek, chichocząc z cicha. Nigdy jeszcze nie był podobniejszy do złośliwego pawiana.
— Bo to widzi pan, panie Copperfield — ciągnął, chichocząc i kiwając głową — niebezpieczny z pana współzawodnik, niebezpieczny.
— Czy z mego to powodu osaczyłeś pannę Wickfield i we własnym ją domu szpiegujesz? — spytałem.
— Ostre to słowa, panie Copperfield...
— Rozumiej je, proszę, jak ci się podoba, i domyśl się, co znaczą.
— Bynajmniej417. Pańska to rzecz, panie Copperfield, nadawać im znaczenie.
— Sądzisz tedy — mówiłem, siląc się na spokój przez wzgląd na Agnieszkę — że mi panna Wickfield jest milszą, niż mogłaby być rodzona siostra?
— Ha — odrzekł — mógłbym nie odpowiadać na podobne pytanie. Może tak, a może i nie.
Nie! Nie spotkałem się nigdy jeszcze z podobnym spojrzeniem. Było to spojrzenie upiora.
— Cóż dalej? — rzekłem. — Tedy panna Wickfield...