— Osiem lat! Musi pani znać twarde życie. Ja myślałem, że dosyć połowy tego czasu, by zniszczyć najsilniejszy organizm! Nic dziwnego, że pani wygląda po trosze jak nie z tego świata. Zadawałem sobie pytanie, skąd pani wzięła taką twarz. Gdy mi się pani ukazała wczoraj wieczór na Hay Lane, przyszły mi nagle na myśl bajki o wróżkach i o krasnoludkach i prawie miałem ochotę zapytać, czy to pani urzekła mi konia. Jeszcze teraz nie jestem pewien, jak to z tym było. Kim są pani rodzice?

— Nie mam rodziców.

— I zapewne nigdy ich pani nie miała. Czy pani ich pamięta?

— Nie.

— Tak też przypuszczałem. A więc czekała pani na swoich pobratymców, siedząc tam na przełazie?

— Na kogo, panie?

— Na tych ludków zielono ubranych. Był to przecież odpowiedni dla nich wieczór księżycowy. Czy ja może przerwałem któryś z waszych tanecznych kręgów, że pani rozpostarła ten przeklęty lód na mojej ścieżce?

Potrząsnęłam głową.

— Wszystkie krasnoludki opuściły Anglię już sto lat temu — rzekłam, mówiąc równie poważnie jak on. — I nawet na drodze ku Hay, nawet na sąsiednich polach nie znalazłby pan śladu po nich. Sądzę, że już żaden księżyc, ani letni, ani jesienny, ani zimowy, nie oświeci więcej ich harców i tanów.

Pani Fairfax opuściła robótkę na kolana i podniosła brwi, dziwiąc się, co to za rozmowa.