— Tak, panie.
— A wy, dziewczęta, prawdopodobnie uwielbiałyście go, tak jak klasztor pełen zakonnic uwielbia swego kierownika?
— O, nie!
— Bardzo jest pani chłodna! Nie! Jak to?! Nowicjuszka miałaby nie uwielbiać swego pasterza! To brzmi jak bluźnierstwo.
— Bardzo nie lubiłam pana Brocklehursta. I nie ja jedna tak czułam. To szorstki i ostry człowiek, zarazem pompatyczny i wtrącający się we wszystko. Kazał nam włosy obciąć i przez oszczędność kupował nam złe igły i nici, tak że prawie nie mogłyśmy nimi szyć.
— To była źle rozumiana oszczędność — zauważyła pani Fairfax, która teraz znowu chwytała nić naszej rozmowy.
— Głodził nas wtedy, gdy miał sam w ręku zarząd działem aprowizacyjnym, zanim wyznaczono komitet. I zanudzał nas długimi kazaniami raz na tydzień oraz codziennym, wieczornym czytaniem z książek jego pióra, traktujących o nagłych śmierciach, o sądach, o piekle... A to nam potem ze strachu spać nie pozwalało.
— Ile pani lat liczyła, dostawszy się do Lowood?
— Około dziesięciu.
— I przebywała tam pani osiem lat, więc teraz ma pani osiemnaście?