Potwierdziłam.

— Arytmetyka, jak pani widzi, przydaje się na coś. Bez jej pomocy nie mógłbym chyba pani wieku odgadnąć. Trudne to zadanie, gdy rysy i wyraz takie są zmienne jak u pani. A teraz, czego pani się nauczyła w Lowood? Czy umie pani grać?

— Trochę.

— Naturalnie, to zwykła odpowiedź. Niech pani pójdzie do biblioteki... Chciałem powiedzieć: niech pani będzie łaskawa (proszę mi darować mój ton rozkazujący, przywykłem do tego i nie mogę zmienić swych zwyczajów dla jednej nowej mieszkanki)... A zatem, niech pani pójdzie do biblioteki, weźmie ze sobą świecę, zostawi drzwi otwarte, siądzie do fortepianu i zagra coś.

Poszłam, wedle tego, jak rozkazał.

— Dosyć! — zawołał po kilku minutach. — Gra pani trochę, to prawda, jak każda inna angielska pensjonarka. Może nawet lepiej niż niektóre, ale nie dobrze.

Zamknęłam fortepian i powróciłam. Pan Rochester mówił dalej:

— Adela pokazała mi dziś rano kilka szkiców, które, jak twierdziła, są pani dziełem. Nie wiem, czy je pani samodzielnie wykonała, prawdopodobnie nauczyciel pomagał pani?

— Ależ nie, naprawdę! — zawołałam.

— A! Urażona duma. No dobrze, niechże mi pani przyniesie swoją tekę, jeżeli mi pani zaręczy, że jej zawartość jest dziełem pani. Tylko niech pani nie daje słowa, jeśli pani nie jest pewna. Ja umiem poznać się na poprawkach.