— Świeże powietrze orzeźwia mnie, Edwardzie.

— Doktorze, zostaw okno po jego stronie otwarte, nie ma wiatru. Bywaj zdrów, Dicku!

— Edwardzie...

— Czego sobie życzysz?

— Daj jej dobrą opiekę, każ ją traktować jak najłagodniej i najczulej, każ ją... — tu przerwał i rozpłakał się.

— Robię wszystko, co mogę, robiłem to i będę robił — brzmiała odpowiedź.

Zamknął drzwiczki i ekwipaż ruszył.

— Ale dałby Bóg, żeby się to wszystko raz mogło skończyć! — dodał pan Rochester, zamykając i utwierdzając ciężkie bramy podwórzowe.

Po czym ruszył roztargniony wolnym krokiem ku drzwiom w murze okalającym sad. Mniemając, że już mu jestem niepotrzebna, zamierzałam wrócić do domu, gdy znów usłyszałam wołanie: „Panno Jane!”. Otworzył drzwi i stał przy nich, czekając na mnie.

— Pójdźmy odetchnąć przez chwilę świeżością — rzekł. — Ten dom to po prostu więzienie, czy tego nie odczuwasz?