— Mnie się on wydaje wspaniałą rezydencją.

— Urok niedoświadczenia masz na oczach — powiedział — widzisz ten dom przez zaczarowane szkła. Nie potrafisz dopatrzyć się, że pozłota to błoto, jedwabne draperie to pajęczyny, że marmur to ordynarny łupek, politurowane drzewo to nędzne heblowiny i chropawa kora. Ale tutaj — wskazał na liściaste otoczenie dokoła nas — tu wszystko jest rzetelne, miłe i czyste.

Szedł wzdłuż ścieżki, po jednej stronie obsadzonej bukszpanem, jabłoniami, gruszami i czereśniami, po drugiej obwiedzionej grządką różnych kwiatów, lewkonii, goździków, prymul, bratków, zmieszanych z polnymi różyczkami i różnymi wonnymi ziołami. Były tak świeże, jak tylko być mogły, po szeregu kwietniowych deszczyków i słonecznych prześwietleń w ten uroczy, wiosenny poranek. Słońce właśnie wypływało na zaróżowione od wschodu niebo, a promienie jego oświecały kwiatem i rosą obsypane drzewa owocowe i cieniste ścieżki pod nimi.

— Panno Jane, czy mam ci dać kwiatek?

Zerwał na wpół rozwiniętą różę, pierwszą na krzaku i podał mi.

— Dziękuję panu.

— Czy lubisz wschód słońca? Niebo z tymi lekkimi, wysokimi chmurkami, które z pewnością rozwieją się w miarę, jak dzień będzie się ogrzewał? Pogodne, wonne powietrze?

— O, bardzo.

— Dziwną noc spędziłaś, panno Jane.

— Tak, panie.