— A co ty, panno Jane, masz z nią wspólnego? Skądże ją znasz?

— Pan Reed był moim wujem, bratem mojej matki.

— Doprawdy? Nigdy mi o tym nie mówiłaś. Zawsze twierdziłaś, że nie masz żadnych krewnych.

— Żadnych, którzy by się chcieli do mnie przyznać. Wuj Reed umarł, a wdowa po nim wyrzekła się mnie.

— Dlaczego?

— Ponieważ byłam biedna, byłam dla niej ciężarem i nie lubiła mnie.

— Ale Reed pozostawił dzieci. Musisz mieć kuzynów. Sir George Lynn mówił wczoraj o młodym Reedzie z Gateshead, jednym z najgorszych nicponiów w mieście, a Ingram wspominał o pannie Georgianie Reed, również z Gateshead, wielce podziwianej piękności rok czy dwa lata temu w sezonie londyńskim.

— John Reed także już nie żyje, panie Rochester. Zrujnował siebie i po części swoją rodzinę. Przypuszczają, że popełnił samobójstwo. Te wiadomości takie wrażenie wywarły na matce, że dotknęła ją apopleksja.

— I cóż ty jej dobrego możesz zrobić? To nie ma sensu, panno Jane! Nigdy by mi nie przyszło do głowy pędzić sto mil, ażeby odwiedzić starą kobietę, która może umrzeć, zanim do niej dojedziesz. A przy tym, powiadasz, że się ciebie wyparła.

— Tak, ale to było dawno temu, kiedy jej stosunki inaczej się układały. Nie miałabym spokojnego sumienia, gdybym teraz nie spełniła jej życzenia.