— Jak to?

— Wydaje mi się to skąpe, oschłe i nie po przyjacielsku. Wolałbym jakoś inaczej. A gdyby tak coś dodać do tego rytuału? Gdyby, na przykład, dołączyć uścisk dłoni. Ale nie... To by mnie także nie zadowoliło. Więc ty mi tylko powiesz: „do widzenia”?

— To wystarcza, panie, tyleż życzliwości można zawrzeć w jednym serdecznym słowie, jak w wielu.

— Zapewne, ale to brzmi sucho i zimno... „Do widzenia”.

„Jak długo on tu stać będzie, plecami podpierając drzwi? — zadawałam sobie pytanie. — Chciałabym zacząć pakowanie...”. Tu odezwał się dzwonek obiadowy. Pan Rochester wyskoczył z pokoju nagle, ani słowa nie dodając. Już go więcej tego dnia nie widziałam, a nazajutrz rano wyjechałam, zanim on wstał jeszcze.

Około piątej godziny po południu pierwszego maja stanęłam w Gateshead przed lożą portiera. Wstąpiłam tam, zanim się udałam do dworu. Bardzo tam było czysto i ładnie. U okien wisiały białe firaneczki, podłoga bez jednej plamy, przy piecu krata i galeryjka aż świeciły blaskiem, a ogień palił się jasno. Bessie siedziała przy ogniu, piastując swoje najmłodsze, a mały Robert z siostrzyczką bawili się spokojnie w kąciku.

— Chwała Bogu! Wiedziałam, że pani przyjedzie — zawołała pani Leaven, widząc mnie w wejściu.

— Tak, Bessie — rzekłam, ucałowawszy ją — i mam nadzieję, że nie przybywam za późno. Jak się miewa pani Reed? Przecież żyje, jak ufam?

— Żyje i przytomniejsza jest, i spokojniejsza niż poprzednio. Doktor mówi, że może się to jeszcze przeciągnąć z jakiś tydzień albo dwa, ale nie spodziewa się, żeby mogła ostatecznie wyzdrowieć.

— Czy wspominała mnie w ostatnich czasach?