— Jeszcze dziś rano mówiła o pani i wyrażała życzenie, żeby pani przyjechała, ale teraz śpi, a przynajmniej spała dziesięć minut temu, gdy zachodziłam do dworu. Pani pogrążona jest jakby w letargu prawie przez całe popołudnie, ale budzi się o szóstej albo siódmej. Czy zechce pani odpocząć tutaj z godzinkę, a potem ja bym poszła tam z panią?

W tej chwili wszedł Robert i Bessie, ułożywszy śpiące dziecko w kołysce, poszła go powitać. Następnie nalegała, bym zdjęła kapelusz i napiła się herbaty, gdyż twierdziła, że jestem blada i zmęczona. Rada przyjęłam jej gościnność i pozwoliłam zdjąć z siebie płaszcz podróżny tak biernie jak niegdyś, gdy dzieckiem będąc, dawałam się jej rozbierać.

Szybko odżyły we mnie wspomnienia dawnych czasów, gdy patrzyłam, jak się Bessie krząta, jak ustawia na tacy najlepsze filiżanki, kroi chleb, przyrządza masło, przypieka grzanki, a wśród tego wszystkiego to klapnie, to szturchnie małego Roberta albo Jane — jak niegdyś mnie. Bessie zachowała żywe usposobienie, podobnie jak dawną lekkość ruchów i urodę.

Gdy już herbata była gotowa, chciałam przybliżyć się do stołu. Bessie jednak nie pozwoliła mi się ruszyć, mówiąc rozkazującym jak dawniej tonem. Oświadczyła, że mam siedzieć przy kominku, a ona mi wszystko poda. Umieściła tedy przede mną mały okrągły stoliczek, na nim filiżankę i talerz z grzankami, zupełnie tak jak niegdyś w dziecinnym pokoju, gdy fetowała202 mnie niekiedy ściągniętym chyłkiem smakołykiem. Uśmiechałam się i byłam jej posłuszna jak za dawnych czasów.

Bessie była ciekawa, czy czuję się dobrze w Thornfield Hall i jakiego rodzaju osobą jest pani. Gdy jej zaś powiedziałam, że jest tam tylko pan, dopytywała, czy to miły dżentelmen i czy go lubię. Powiedziałam jej, że to mężczyzna raczej brzydki, ale prawdziwy dżentelmen, że traktuje mnie życzliwie i że jestem zadowolona. Następnie zaczęłam jej opisywać wesołe towarzystwo, które ostatnimi czasy bawiło w domu. Bessie słuchała tych szczegółów z zainteresowaniem.

Na takiej rozmowie godzina szybko zeszła. Bessie podała mi kapelusz i okrycie, i w jej towarzystwie udałam się do dworu. Z nią to przecież prawie dziewięć lat temu szłam tą ścieżką, którą teraz zmierzałyśmy do dworu. W ciemny, mglisty, zimny poranek styczniowy opuściłam nieprzyjazny mi dach ze zrozpaczonym i rozgoryczonym sercem, czując się niejako wyrzutkiem i potępioną. Szłam szukać tej chłodnej przystani w Lowood, tego dalekiego i nieznanego celu. Ten sam nieprzyjazny dach wznosił się oto znów przede mną, przyszłość moja wciąż jeszcze była wątpliwa, a serce mnie bolało. Wciąż jeszcze czułam się niejako wędrowcem na ziemi, więcej jednak czułam ufności w siebie i własne siły, a mniej dojmującego strachu przed uciskiem. I również ta otwarta rana krzywd moich zagoiła się już teraz zupełnie, a zarzewie nienawistnej urazy wygasło.

— Pójdzie pani najpierw do bawialni — oświadczyła Bessie, prowadząc mnie przez hall. — Młode panie tam są.

W chwilę potem już byłam w tym pokoju. Każdy mebel w nim wyglądał tak samo jak owego ranka, gdy mnie po raz pierwszy przedstawiono panu Brocklehurstowi. Nawet zauważyłam przed kominkiem ten sam dywanik, na którym on stał. Na półkach z książkami — wydało mi się — że widzę oba tomy Bewicka Brytyjskich ptaków na dawnym miejscu na trzeciej półce, a tuż nad nimi Podróże Guliwera i Noce Arabskie203. Nie zmieniły się martwe przedmioty, lecz to, co żyło, zmieniło się nie do poznania.

Ujrzałam przed sobą dwie młode osoby — jedną bardzo wysoką, prawie tak wysoką jak panna Ingram, bardzo chudą, o śniadej twarzy i surowym wyrazie. Było coś ascetycznego w jej wyglądzie, a wrażenie to zwiększała nadzwyczajna prostota jej gładkiej, czarnej, wełnianej sukni, krochmalonego, płóciennego kołnierzyka, włosów sczesanych ze skroni i zakonna ozdoba, sznur hebanowych pereł z krzyżem. Byłam pewna, że to jest Eliza, chociaż mało podobieństwa do dawnej Elizy odnajdowałam w tej wydłużonej i bezbarwnej twarzy.

Drugą oczywiście była Georgiana, ale nie taka, jaką pamiętałam — wiotkie, subtelne, jedenastoletnie dziewczątko. Teraz miałam przed oczyma rozkwitłą, bardzo pełną pannę, jasną, jak z wosku ulaną, o ładnych i regularnych rysach, omdlewających niebieskich oczach i wijących się blond włosach. Kolor jej sukni również był czarny, ale krój jakże był różny od kroju sukni jej siostry, o ile obfitszy i ozdobniejszy. Wyglądała modnie i stylowo, podczas gdy tamta przypominała purytankę.