— Żadnych przypuszczeń w tym kierunku nie snułam, panie Rochester, ale pragnę, ażeby wszystko pozostało tak, jak było, przez ten miesiąc jeszcze.

— Porzucisz nauczycielską niewolę od razu.

— Bardzo pana przepraszam, ale nie zrobię tego. Będę dalej uczyła Adelę, tak jak dotąd. Będę panu schodziła z drogi przez cały dzień, tak jak się przyzwyczaiłam. Może pan po mnie przysłać wieczorem, o ile będzie pan miał ochotę zobaczyć się ze mną, a wtedy ja przyjdę, ale o żadnej innej porze dnia.

— Tak mi się chce zapalić, panno Jane, albo zażyć niuch tabaki wobec całego tego zamieszania, „pour me donner une contenance230, jakby się wyraziła Adela. Na nieszczęście, nie mam przy sobie ani cygarnicy, ani tabakierki. Ale słuchaj — mówił szeptem. — Teraz to twój czas, mała tyranko, jednak mój nadejdzie niebawem, a gdy raz dobrze cię uchwycę, będę trzymał i, mówiąc obrazowo, przywieszę cię na łańcuszku, ot tak — tu dotknął łańcuszka od zegarka. — Tak, ty miłe maleństwo, będę cię nosił na piersiach, aby nie zgubić mojego klejnotu.

Powiedział to, pomagając mi wysiąść z powozu, a podczas gdy wysadzał Adelę, ja weszłam do domu i pośpieszyłam na górę.

Wieczorem, jak było do przewidzenia, zaprosił mnie do siebie. Ja tymczasem obmyśliłam już zajęcie dla niego, postanowiwszy nie spędzać całego czasu na rozmowie w cztery oczy. Pamiętałam piękny głos jego i wiedziałam, że lubi śpiewać. Sama głosu nie miałam, grałam też, wedle wybrednych wymagań jego, niezbyt świetnie, ale nade wszystko lubiłam słuchać dobrej muzyki. Zaledwie też zmrok zajrzał do okna gwiaździstym szafirem, wstałam, otworzyłam fortepian i poprosiłam, żeby mi zaśpiewał jakąś piosenkę. Bronił się trochę, ale ja nalegałam.

— Czy lubisz mój głos? — zapytał.

— Bardzo lubię. — Nie lubiłam schlebiać tej jego próżności, ale tym razem, ze względów oportunistycznych, gotowa nawet byłam ją podniecać.

— W takim razie, Jane, musisz mi akompaniować.

— Bardzo dobrze, drogi panie, spróbuję.