Istotnie spróbowałam, ale wnet usunął mnie z krzesła, nazywając „małym partaczem”. Zepchnąwszy mnie bez ceremonii na bok, czego właśnie chciałam, zajął moje miejsce i zaczął sam sobie akompaniować, umiał bowiem grać równie dobrze jak śpiewać. Usunęłam się do zagłębienia pod oknem i tam, patrząc na ciche drzewa i cieniem objęty ogród, słuchałam słodkiej melodii kolejnych zwrotek, śpiewanych miękkim, głębokim głosem:

„Najszczersza miłość, co serce

Płomieniem swym rozpaliła,

W krwi mojej każdej kropelce

Gorącym tętnem zabiła.

Każde jej przyjście — nadzieję,

Każde rozstanie — żal budzi;

Jeśli się spóźnia — boleję,

Nie przyjdzie? Lód serce studzi.

O wielkim szczęściu marzyłem: