— I ja tak myślę, bo jestem już zmęczona. A ty, Mary?
— Śmiertelnie, ostatecznie to ciężka praca wkuwać jakiś język bez nauczyciela, tylko ze słownikiem.
— Prawda, zwłaszcza tak trudny jak niemiecki. Ciekawa jestem, kiedy Saint-John powróci.
— Z pewnością już niezadługo, jest właśnie dziesiąta. Taki deszcz pada! Hannah, bądź tak dobra i zajrzyj do bawialnego, żeby przekonać się, czy dobrze się tam pali.
Kobieta wstała, otworzyła drzwi, przez które niewyraźnie dojrzałam korytarz. Wkrótce usłyszałam poprawianie ognia w dalszym pokoju, zaraz też wróciła.
— Ach, dzieci! — powiedziała — teraz to mi tak ciężko wchodzić do tamtego pokoju. Tak tam smutno z tym pustym fotelem, odstawionym do kąta!
Otarła oczy fartuchem. Panienki, przedtem poważne, teraz posmutniały.
— Ale pan jest tam, gdzie mu lepiej — mówiła dalej Hannah — nie powinniśmy żałować, że go tu nie ma. A poza tym nikomu nie można życzyć lepszej, spokojniejszej śmierci.
— Powiadacie, że nawet o nas nie wspomniał? — zapytała jedna z panien.
— Nie miał czasu, dziecko, w minutę skończył życie. Trochę niedomagał dzień wcześniej, ale to nie było nic wielkiego. A gdy go pan Saint-John zapytał, czy nie chciałby, żeby po którąś z was posłać, wyśmiał go po prostu. Na drugi dzień, a to właśnie dwa tygodnie temu, skarżył się, że mu znowu trochę ciąży głowa, i poszedł spać. I już się więcej nie obudził. Prawie sztywny już był, kiedy wasz brat wszedł do pokoju i tak go zastał. Ach, dzieci! To ostatni z tego starego rodu, bo wy i pan Saint-John jesteście innego rodzaju niż tamci, którzy już odeszli. Wasza matka była do was podobna i też taka w książkach uczona. Ty, Mary, jesteś jej żywym obrazem, Diana podobniejsza jest do ojca.