Mnie one wydały się tak podobne, że nie rozumiałam, w czym stara służąca widziała różnicę. Obie miały jasną cerę i smukłe figury, obie — twarze inteligentne i dystyngowane. Jedna, co prawda, miała włosy ciemniejsze i różnie się też czesały. Mary swoje jaśniejsze pukle dzieliła na środku i czesała gładko, ciemne włosy Diany opadały na kark gęstymi kędziorami. Zegar wybił dziesiątą.
— Czas na wieczerzę, nieprawdaż? — zauważyła Hannah. — Czas dla was i dla pana Saint-Johna, jak przyjdzie.
I zabrała się do przygotowania kolacji. Panny wstały, widocznie zamierzały przejść do bawialnego. Ja do tej chwili tak pilnie im się przyglądałam, tak żywo zainteresował mnie ich wygląd i rozmowa, że prawie zapomniałam o własnym, nieszczęsnym położeniu. Teraz objawiło mi się znowu, jeszcze bardziej rozpaczliwe przez porównanie. Jaką niemożliwością wydało mi się wzruszenie mieszkanek tego domu moją niedolą, wzbudzenie w nich wiary w prawdę moich potrzeb i cierpień, skłonienie ich do udzielenia mi przytułku po długiej wędrówce! Szukając w ciemnościach drzwi i pukając do nich nieśmiało, nie miałam prawie żadnej nadziei. Otworzyła mi Hannah.
— Czego tam potrzeba? — zapytała zdziwionym głosem, oglądając mnie przy świetle świecy trzymanej w ręku.
— Czy mogłabym zobaczyć się z waszymi paniami? — zapytałam.
— Lepiej mnie powiedzieć, co jest do powiedzenia. Skąd to droga prowadzi?
— Jestem tutaj obca.
— Cóż za interes można mieć tu o tej godzinie?
— Pragnę noclegu w jakiejś szopie albo gdziekolwiek i kawałka chleba do zjedzenia...
Podejrzliwość — to, czego się najwięcej obawiałam — odmalowała się na twarzy Hannah.