Ale Rózia Feiglówna zakochała się na śmierć i życie w pięknym kuzynie z Ameryki i oświadczyła rodzicom, że „albo ten, albo żaden”. Cóż mieli robić, biedacy? Ustąpili, postawiwszy tylko jeden warunek: ślub odbędzie się u nas, w miasteczku, a nie w Ameryce, jak chciał tego Kaima Pinskier.

Narzeczony zgodził się wreszcie na ten warunek i Feiglowie wyprawili swej córce bogate wesele.

Posagu nie dali, bo narzeczony jakoś wcale się o to nie upominał, co świadczyło jednocześnie o jego majątku i o jego prawdziwej dla Rózi miłości.

Po weselu Kaima Pinskier wyjechał z żoną, z Uszerem Pchełką i ze zwerbowanymi na służące dziewczętami do Warszawy w celu uzyskania niezbędnych do podróży paszportów.

Trochę tam mieli trudności w urzędzie emigracyjnym, ale w końcu wszystko się jakoś pomyślnie załatwiło: Kaima wyjechał z żoną i dziewczętami do Antwerpii, gdzie mieli wsiąść na okręt, a Uszer Pchełka, z grubo wypchanym pugilaresem8, wrócił do naszego miasteczka.

Z triumfem oświadczył córce, że zarobił przeszło tysiąc dolarów, które kuzyn sumiennie mu wypłacił gotówką.

— To jest dopiero początek twojego posagu — mówił. — Ja będę stale pracował dla Pinskiera, a on będzie corocznie przyjeżdżał do Polski i ja będę stale zarabiał taką samą, a może większą sumę. Trochę będziemy wydawać na utrzymanie, a reszta to twój posag, który musi dojść do trzech... albo lepiej — do pięciu tysięcy dolarów!

— Jakoś mi się nie podoba ten kuzyn — powiedziała Mariem — wolałabym, żebyś ty, ojcze, nie miał z nim nic do czynienia.

— Dlaczego?! — zapytał Uszer. — Nie można tak słów na wiatr rzucać. Powiedz wyraźnie, dlaczego on ci się nie podoba?

Ale mówiąc tak, nie patrzył na córkę i jak gdyby sposępniał.